Info

Informacje


NIEOBECNOŚCI BRAK
Mamy 490 rok Drugiego Milenium (1.490). Jesień rozległa się nad Aryntią, a ciepło jest tylko wspomnieniem minionego lata. Powiew z północy niesie smak chłodu i zimy, która nas czeka. Jeszcze przez dwa miesiące największy oddział Straży Pokoju będzie stacjonował w międzyświatach Gór Poszumistych.
Spis - grafik i poradników
Instrukcja, jak wstawić opowiadanie?
Wyzwania 2017
Recenzje Tiglavve
Złote myśli naszych autorów
Korektor pisowni LanguageTool
Nasz pokój do losowań
Na poprawę nastroju :)
Administracja
Infrea - whiteapple (H) | aedvaren@gmail.com
Ethan - ethan.mckot@gmail.com

Autorzy:
Infrea | Ethan | Farrel | Lucie

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Zamknij

niedziela, 31 grudnia 2017

Cykle: Kruche wspomnienia





karczma

Z pamiętnika Anissy. Od dawna nie narzekałam na nudę. Choć zleceń jest pełno, całe to bieganie z listami nie jest tak ekscytujące, jak było. Nie wiem, czy Astrum mi się już przejadło, czy to tylko ja się postarzałam — dodałam w myślach. Nie, nie jest nudno. Kończy się zima, więc będzie łatwiej podróżować. Zero śniegu, zero lodu i zero zimna. Tylko przyjemny wiaterek i słońce ogrzewające plecy.

Spojrzałam na ludzi w karczmie i podziękowałam bóstwom, że mam zapewniony własny pokój. Gdybym miała dzielić te kilka metrów kwadratowych z jakimś śmierdzącym facetem, chyba bym wyskoczyła przez okno. I choć może kiedyś brudne ubrania i śmieci w sąsiedztwie były kiedyś dla mnie zwyczajnym widokiem, dziś nie chcę powracać do takiego życia. Powstrzymując się przed napływem myśli, dźgnęłam zimny placek, za który zapłaciłam pięć denarów. Wielki kawał spalonego ciasta z kilkoma kawałeczkami mięsa w środku. Bez przypraw, bez niczego. Ale przynajmniej piwo smakowała trochę lepiej.

I już byłam pewna, że ten dzień nie będzie jakimś szczególnym, gdy do środka wbiegła młoda kobieta o intensywnie czerwonych włosach, w błękitnej sukience. Cokolwiek ją goniło, prawdopodobnie zatrzymało się przed wejściem do karczmy, bo kobieta spojrzała za siebie i uśmiechnąwszy się złośliwie, ruszyła w kierunku jednej z pustych ław w głębi karczmy. Nie wiem, co było z nią nie tak, ale nawet nie zauważyła, gdy wszyscy umilkli, aby odprowadzić dziką piękność wzrokiem. Z czystej ciekawości oparłam się o ścianę z kuflem w ręce, aby dyskretnie obserwować czerwonogłową.

Ta energicznie usiadła, przygładzając fałdy sukni, do której z pewnością nie była przyzwyczajona. Wyglądała na rozzłoszczoną panienkę, którą po ulicach przegonił jakiś pijaczyna. Dopiero potem zauważyłam jej spocone czoło, pobrudzony kraj sukni i poplamione rękawy. Nie miałam zielonego pojęcia, jak mogła tak się załatwić. Przez chwilę głęboko oddychała, pochylając głowę do przodu, potem położyła ręce na stole i rozejrzała się wokół. Gospodarz, sądząc, że jest jakąś bardziej znaczącą panną, podbiegł do niej z pośpiechem i zaoferował jedzenie. Nie słyszałam, co wybrała, ale stary mężczyzna w szarej koszuli ze ścierką w ręku tylko się zdziwił i przytaknął, pędząc do kuchni.

Z niewiadomego powodu, czerwonogłowa mnie bardzo zainteresowała. Kim może być? Skąd pochodzi? To były pytania na dzisiejszy wieczór. Postanowiłam trochę poćwiczyć moje umiejętności dedukcji.

Jest wysoka i blada, czerwonowłosa. Na pewno nie pochodzi z Perseuum, Barhadoru albo Castelli. Szpiczaste uszy — brak. Nie jest elfką. Tirion, Shal Thos, Y’Menoris i Yahellian — wykluczone. Mam więc do wyboru Tiglavve, Avię, Veteris, Akavell. Verianę wykluczam od razu, nie posiada żadnej z charakterystycznych cech Erianek. Zbyt blada jak na mieszkankę Veteris? Możliwe. Zbyt porywcza, aby pochodzić z Akavellu. Więc teraz mamy już tylko Tiglavve i Avię.

Przypatrzyłam się broszce, którą wyjęła z kieszeni sukni. Przez chwilę zalśniła w blasku świec, ale nie zdążyłam się przypatrzeć. Zaraz gospodarz przybiegł ze sporym kuflem… czego?

Wyprostowałam się, żeby ukradkiem spojrzeć do środka. Przeźroczysty płyn niemal wylewał się na podłogę. Woda? Smakowa? Nie, w tanich karczmach nie sprzedają niczego innego niż piwo i wino. A więc poprosiła o czystą wodę. Ciekawe, jak zasmakuje jej ta bohryjska. Zobaczyłam też, że podaje jej jakiś zwitek, za który sypnęła mu kilka denarów. Stanowczo za dużo. Nie jest stąd?

Kobieta rozwinęła materiał i po chwili zrozumiałam, że jest to prosty płaszcz. Szybko narzuciła go na ramiona i znowu usiadła, zbliżając kubek do ust. Nim połknęła choć kropelkę, rozejrzała się wokół. Natychmiast wbiłam wzrok w ścianę i udałam obojętną. Wolałam poczekać chwilę, kontemplując ścianę, niż zwróć jej uwagę na resztę nocy.



KARCZMA II

Dziwny był ten świat. Ale przynajmniej płaszcz kupiony za kilkanaście blaszek, które otrzymałam wraz z instrukcją, pozwolił mi się ukryć przed wszystkimi choćby w mojej głowie. Rozejrzałam się wokół, połykając wodę z brudnego kubka. Szybki ruch głowy brunetki opierającej się o ścianę naprzeciwko mnie podpowiedział, że byłam obserwowana. Magowie? Myśl zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Absurd.

Przyjrzałam się dziewczynie. Nie wyróżniała się spośród innych. Przeciętnej urody, w zwykłych szatach, wpatrywała się głupawo w ścianę. Nie była niebezpieczna. Przynajmniej tak mi się zdawało.
Miałam tylko nadzieję, że nie wynajmuje drugiego łóżka w pokoju, o którym wspominał… jak to się nazywa? Karczmarz! Tak, mam nadzieję, że karczmarz nie miał na myśli jej. Wyglądała na typową nudziarę, średniowiecznego półgłówka. Wzruszyłam ramionami do samej siebie i wypiłam wodę do reszty. Co też mnie tutaj czeka?

Poprawiłam płaszcz na ramionach i pozostawiłam kubek na klejącym stole. Nie chciałam zwrócić na siebie zbytniej uwagi, co zrobiłam przy wejściu, więc od razu udałam się do wynajętego pokoju. Boże, co za ciemne średniowiecze.

Schody znajdowały się na końcu korytarza biegnącego od głównej sali w karczmie i prowadziły na drugie i trzecie piętro. Drewniana podłoga i gołe, szare ściany przypominały pokoje, które widziałam w historycznych filmach. Takie… nijakie, bez ozdób, surowe i smutne. Tylko teraz to nie był film. Policzyłam drzwi i otworzyłam ostatnie po prawej, odrapane i jakby nadpalone. W całym budynku było duszno, ale nie wyczułam większego smrodu.

Popchnęłam drzwi i znalazłam się w niemal pustym pokoiku z dwoma łóżkami, dwoma kuframi, biurkiem i krzesłem. Na zewnątrz wychodziły dwa okna, które były myte pewnie za poprzedniego właściciela. Szmatą leżącą na podłodze zdrapałam trochę kurzu z szyb i kichając od pyłu, zbliżyłam twarz do okna.

Z tego miejsca widziałam ulicę, z której wchodziło się do karczmy. W domach naprzeciwko było ciemno, ale ulicami przechadzali się strażnicy z pochodniami u boku, rozświetlając dziwaczne fasady. Westchnęłam i dopiero potem sięgnęłam wzrokiem wyżej. Dalej rysowały się śmieszne sylwetki wież i wyższych budowli. I wtedy uświadomiłam sobie, że miasto znajduje się na lekkim wzniesieniu. Pośpiesznie wybiegłam na korytarz, żeby spojrzeć na nie z drugiej strony. Niestety z okna widziałam tylko przeciwległy, brudny drewniany budynek. Z trzeciego piętra widok również nie był zadowalający. Jutro muszę się wspiąć na jedną z tych wież i zobaczyć miasto z góry.

Zrezygnowana, wróciłam do pokoju i zdjąwszy płaszcz, rzuciłam go do kufra. Zrobiło mi się zimno. Spojrzałam na kominek, w którym walało się kilka kawałków drewna. Wiatr przewiewał przez nieszczelne okna. Czy była to propozycja?



ACH, TE CZARODZIEJKI...

Ach te czarodziejki — pomyślałam, patrząc ukradkiem na czerwoną burzę włosów, która pośpiesznie wybiegła z sali i skierowała się w stronę korytarza prowadzącego do góry. Broszka, którą schowała do kieszeni, z pewnością pochodziła z Uniwersytetu. Co robiła tutaj? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam tylko, że pewnie poprawiała swój wygląd jakąś magią. Jej włosy były doprawdy przepiękne; puszyste i jedwabne.

Westchnęłam i powoli odłożyłam kubek na miejsce, nasłuchując rozmów.
— Słyszałeś, że Atra Sulion przeprowadziła się do Bohrii? — zagadnął niskim głosem starszy mężczyzna, siedzący przy sąsiednim stoliku. Z zaciekawieniem przymknęłam oczy, trzymając mocno sakiewkę z boku i słuchałam dalej. Atra Sulion?
— Tak, słyszałem, słyszałem. Co w tym złego? Przynajmniej jedna uczciwa handlarka rozkręci tutaj interes, nie jak ta hołota — skomentował jego znajomy, przechylając kufel z wyjątkowo źle pachnącym trunkiem. Atra Sulion, gdzie ja to słyszałam? Pewnie jakieś plotki, czy coś zasłyszanego na mieście. Znam je… Atra, Atra. Mimo wielu prób nie potrafiłam sobie przypomnieć, kim mogła być ta kobieta. Jedyne, co podsuwał mi umysł, że ma ona coś wspólnego z Czarnymi Różami.
Obróciłam głowę w inną stronę i pośród śmiechu, rozmów, szczęku naczyń i krzyków usłyszałam coś równie ciekawego.
— Królowa ustanawia nowe porządki w pałacu. Kazała zastąpić łojowe świeczki woskowymi, wyobrażasz sobie? Zamiast oszczędzać i pakować korony w wojsko, bawi się i urządza biesiady! Razem z jej rządami nadejdzie koniec Tiglavve! — krzyknął ktoś, waląc pięścią w stół. Przez chwilę wszyscy ucichli, ale wrzawa szybko powróciła.
— To, co wygląda na koniec, będzie początkiem. — odrzekł kobiecy głos.
Natychmiast otworzyłam oczy, starając się zlokalizować osobę, która powtórzyła słowa Shai. Ludzie tacy zazwyczaj byli nadzwyczajni. Omiotłam szybko wzrokiem całą salę, ale nikogo nie zauważyłam. Tylko kątem oka zarejestrowałam rude kosmyki poruszone wiatrem i postać umykającą na ulicę.

Nie mogłam pozwolić sobie na podążenie za kobietą, która znała słowa najwybitniejszej władczyni Tiglavve, więc przez chwilę próbowałam namierzyć inną ciekawą rozmowę, ale gwar był zbyt głośny i nie potrafiłam już rozróżnić pojedynczych słów. Podniosłam się i sprawnie wbiegłam po schodach. Już miałam postawić kolejny krok, gdy zauważyłam czerwonogłową goniącą jak demon po korytarzu. Przez chwilę zatrzymała się przy jednym oknie, coś szepnęła i wbiegła do ostatniego pokoju po prawej. Mojego pokoju. Westchnęłam i szybko podążyłam za nią, układając w głowie jakieś formułki powitalne.

Przez chwilę wahałam się i słuchałam, co dzieje się za drzwiami. Moja ręka zwisła w powietrzu, czekałam na odpowiedni moment, aby nagle wejść do środka i wystraszyć czarodziejkę. Szybko się opanowałam i spokojnie nacisnęłam klamkę, otwierając na oścież drzwi.
Nie spodziewałam się, że zastanę czarodziejkę z rękoma włożonymi do kominka. Przez chwilę panowała cisza, potem obie usłyszałyśmy trzask płomieni; z drzew wydobyła się smużka dymu, iskry i wreszcie płomienie.

Wzruszyłam ramionami i od razu sprawdziłam skrzynię. Wszystko było na swoim miejscu, niczego nie ukradła. Pogładziłam wysłużony łuk i sztywne lotki strzał. Nie przewinę czasu. Po prostu muszę przeżyć tę noc w towarzystwie czarodziejki. Obejrzałam się przez ramię. Czerwonogłowa siedziała okrakiem na łóżku, kontemplując swoją palącą się dłoń. Krew zamarzła mi w żyłach.
— Nie możesz bawić się tutaj ogniem! - krzyknęłam, patrząc, jak płomień się powiększa. — Zwariowałaś?
Płomień natychmiast zniknął, a ona dalej miała głupawy wyraz twarzy. Szybko zagasiłam ogień w kominku, widząc, że ten również się powiększa. Przez chwilę walczyłam z magicznym ogniem, który wreszcie dał się zgasić.
— Moja ręka się paliła — zauważyła, szukając oparzeń na skórze. Zdurniałam.
— No jasne, że się paliła. Władasz nad ogniem, czy to jakaś tajemnica?! — odszczeknęłam, zamykając uchylone okno. Moja skóra się paliła. Na bogów, kim ona jest? Przez chwilę miałam jakby napływ myśli, ale ten odszedł. Bezcelowo podeszłam do okna i nagle mnie olśniło. Czarodziejka wciąż dumała nad zjawiskiem, jakim był ogień, a potem spojrzała na mnie.



kIM JESTEŚ, PŁOMIENNOWŁOSA

Kim jestem?
To pytanie wybrzmiało w mojej głowie i uderzyło prosto w serce. Przez chwilę znikło zdziwienie i cała a moja energia. Kim jesteś? Kim jesteś, płomiennowłosa? Dziewczyna chyba zauważyła moje zmieszanie, więc wzruszyła ramionami i położyła się na łóżku. Pomimo wyrazu obojętności, który starała się utrzymywać, widziałam, że jest zainteresowana moją osobą. Rozważałam to, czy jej odpowiedzieć. Instrukcja od blondyna była wyraźna. Nie wychylaj się i nikomu nie zdradzaj prawdy. A gdyby tak…?
— Yarissa. Nazywam się Yarissa — powiedziałam, starając się brzmieć przyjaźnie i sympatycznie.
Dziewczyna się poruszyła, ale nie raczyła na mnie spojrzeć. Chyba nie była zbyt przyjacielska. Miałam wrażenie, że…
— Yulia. Albo Anissa. Jak wolisz, czarodziejko — odpowiedziała bez cienia emocji w głosie.
— Ładnie — rzuciłam. Ładnie. Boże, co to za określenie? „Ładnie masz na imię”? Brunetka nie przytaknęła, nie podziękowała. Rozmowa jakoś się nie kleiła. Wzięłam głęboki wdech i postawiłam wszystko na jedną kartę, ufając mojemu przeczuciu.
— Laaaptop! — krzyknęłam, marszcząc brwi i patrząc na Yulię.

zatęskniłam za dawnym życiem
Jakby piorun trzasnął nieopodal, zerwałam się na równe nogi. ŻE CO?! Że LAPTOP? Popatrzyłam na czarodziejkę, przecierając oczy. Ta siedziała niby uśmiechnięta, ale raczej rozbawiona.
— Ty powiedziałaś laptop?! — zapytałam, mając już dłoń na rękojeści noża. — Laptop?
Czerwonogłowa kiwnęła głową i rozpromieniła się jeszcze bardziej. Cholera, co się dzieje?
— Laptop. Wiesz, co to jest? — zagadnęła, mając nadzieję, że wiem. Przez chwilę zawahałam się, ale potem niemal uścisnęłam nieznajomą.
— Laptop! Czy ty - powiedziałam, wskazując na Yarissę — jesteś z…
— Tak! - wykrzyknęła, podskakując do góry. — Boże, nie jestem jedyna! — dodała.
— No nie jesteś — odparłam. Cholera, znalazłam wędrowca...! Popatrzyłam na jej uradowaną twarz i z impetem usiadłam na brzeg łóżka. Drewno zaskrzypiało, z średniowiecznej imitacji materaca uniósł się pył.
— Skąd jesteś? Ta mowa tutaj… jest taka nijaka… nawet nie wiem, w jakim języku rozmawiam - zapytała Yarissa, szarpiąc kawałek słomy wystającej z boku. Skłamać? A może wymigać się od pytania?
Odpowiedziałam uczciwie. Przez chwilę jeszcze dowiadywałyśmy się o sobie nawzajem nowych informacji, aż zauważyłyśmy, że gwar na dole już ucichł i należałoby iść spać. Życzyłyśmy sobie dobrej nocy i położyłyśmy się spać. Yarissa po chwili chrapała głośniej niż niejeden pijak na dole, ale to nie przeszkodziło mi w analizie całej sytuacji.

Ona. Jest Brytyjką, mieszkała w Anglii. Ma dwadzieścia cztery lata, studiowała prawo. Jest nawet sympatyczna. Nie ma pojęcia o swojej potędze. Skoro posiada broszkę, musiała złożyć podanie do Uniwersytetu Tiglavvskiego, nawet nie będąc jeszcze w Astrum. Magia wcieleń… Nim zasnęłam, wyobraziłam ją sobie w Anglii, gdy była jeszcze ciemnowłosą kobietką, jeżdżącą metrem, mieszkającą w mieście… Zatęskniłam za dawnym życiem.



MAJĄ TUTAJ SMOKI?

Światła. Pisk. Hamowanie. Pociąg pędzący wprost na mnie. Krzyk.
Zbudziłam się, spocona i roztrzęsiona. Powoli wszystko wracało do normy, bicie serca stało się spokojniejsze, oddech płytszy, krew już nie szumiała. Tak jakby ktoś zabierał ode mnie niepokój.
Świadoma, że jestem w Astrum, wygramoliłam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. Pomimo wieloletniego brudu osadzonego na szybach, mogłam dostrzec światełka w oddali. Światło w ciemności, nadzieja w zwątpieniu — podpowiedział umysł, przytaczając słowa jakiegoś pisarza.
Westchnęłam, wdychając świeże, zimne powietrze, którego brak było w Londynie. Nowe ciało było silniejsze, zdrowsze, ale i delikatniejsze. Znowu dotknęłam gładkiej skóry, na której nie było ani jednej blizny, zadrapania czy plamki. Włosy były jedwabiste i niezniszczone. Mogłam wreszcie zapomnieć o astmie.

Wyjęłam ze skrzyni starannie złożony kawałek papieru, którego wcześniej nie sprawdziłam. Powoli rozprostowałam zagięte rogi i rozłożyłam… mapę?
Patrzyłam na państwo o dziwnym kształcie, otoczone z trzech stron lądem, z dostępem do morza podpisanego jako „bezkresne”. Nazwy miast nie miały dla mnie znaczenia, barwy. Czytałam wszystkie: Bohria, Zachodnia Iglica, Ostaniec, Mgławica, Ustronisko, Zimnica, Czarnodal, Starowierch… Równie dobrze mogłam wymieniać miasta jakiejś republiki bananowej. Zachodnia Iglica. Nazwa była piękna, niecodzienna, fantastyczna. Ale to nie był sen, to była rzeczywistość.
Jeszcze przez chwilę wodziłam palcem po traktach i drogach, zastanawiając się, jak wygląda to Tiglavve. Jak wygląda Zachodnia Iglica. Ciekawe, czy mają tutaj smoki?
Nagle film się urwał; upadłam, waląc całym ciałem o drewnianą podłogę. Ból rozproszył się po całym ciele, poczułam ciepło krwi na ustach. Światła. Pisk. Hamowanie. Iskry. Wracałam do innej rzeczywistości.



NIE UFAJ NIKOMU

Yarissa leżała półprzytomna przed swoim łóżkiem. Cała poobijana, pokryta rankami, od ziemi i piachu, tu i tam od krwi. Nie mogła się nigdzie tak załatwić, nie w Bohrii. Nie wyszła z tego pokoju - podpowiedziały jej kozaki ułożone koło skrzyni. Oddychała ciężko, ale żyła i nie zamierzała umierać. Sprawdziłam puls.

Gdybym nie była Wędrowcem, nie wiedziałabym, co się z nią stało. Na jej szczęście, byłam i wiedziałam. Choć nie przypuszczałam, że dosięgnie ją to tak szybko. Yarissa, albo raczej jej osobowość i dusza zostały podzielone na dwie, nierówne części. Jakaś cząstka jej świadomości została w Londynie, w metrze. Jakaś część się odłączyła podczas przeniesienia do Tiglavve. I ta część kieruje nią teraz właśnie tam. Możliwe, że jej ciało w Anglii stało się niepełnosprawne. I teraz chodzi jak zombie po mieście.

Przyłożyłam dłoń do jej czoła. Nie było rozpalone, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Nie mogło być inaczej. Ale i tak muszę ją postawić na nogi, Magowie Kręgu szybko nas zlokalizują, a to nie skończy się dobrze. Tylko jak ją przenieść?

Sekundy mijały, a ja klęczałam obok, szukając rozwiązania. I gdy odrzucałam wszystkie pomysły, przypomniałam sobie o Cinnie Tanveil, dziewczynie, która zobowiązała się mi pomóc w razie potrzeby. Kilka miesięcy temu załatwiłam jej wiele spraw w Bohrii, więc chyba zgodzi się nam pomóc? - szybko zapytałam samą siebie w myślach. Dawno nie rozmawiałam sama ze sobą. A to oznaczało, że sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.

Cinna przyjrzała się swoimi miodowymi oczami Yarissie z grymasem na twarzy i lekko usiadła przy stole, gładząc nerwowo jego szorstką powierzchnię. Popatrzyłam na mieszczankę zmęczoną dniem, która już rano miała znów wrócić jako dziewczyna ze stali, przedzierająca się przez tłumy ludzi w Bohrii, by stanąć przed Kompanią Świtu. Jasne włosy splotła byle jak, bawełniana tunika służyła za piżamę. Blada skóra świeciła w blasku świec. Blizny na policzkach wydawały się głębsze. Teraz przypominała mi jakąś zagubioną, wyrośniętą dziewczynkę ze wsi, która zagubiła się w wielkim mieście. Jutro miała być wojowniczką.

Przez chwilę obserwowałam mruczącą coś pod nosem Yarissę, pogrążoną w spokojnym śnie na łóżku Cinny. Większa część jej osobowości powróciła, wszystkie funkcje życiowe wróciły do normy. Pozostaje mi tylko czekać, aż się ocknie. Blondynka wreszcie wstała, a jej spojrzenie nie zwiastowało niczego dobrego. Tanveil oparła rękę na biodrze i głęboko westchnęła. Przez chwilę wahała się, ale wreszcie wyrzuciła to z siebie.
— Podjęłam decyzję. Ty i twoja kompanka jutro rano musicie odejść -oznajmiła, odwracając wzrok. Nie potrafiła spojrzeć mi prosto w oczy. A ja nie mogłam uwierzyć w słowa osoby, która była mi winna więcej, niż jeden nocleg.
— Dlaczego? — zapytałam, czując ścisk w żołądku. - Dlaczego nie możesz mi pomóc?! Dlaczego tchórzysz?! — krzyknęłam spanikowana, podrywając się na równe nogi. — Zostawisz mnie samą z nowicjuszką? — dodałam, spuszczając z tonu. Cinna jednak zareagowała odwrotnie, niż przypuszczałam.
— Zostawię! Nie rozumiesz, jak bardzo mnie narażacie! — warknęła, wskazując na czerwonogłową. Rzuciła mi jej tobołek i zaciskając pięści, pokazała mi ręką drzwi. — Przez całe życie chciałam być kimś więcej niż wieśniaczką i nie mogę przegrać przez dwie kobiety, których szukają magowie! — dodała, budząc otumanioną Yarissę. Łzy zalśniły w jej oczach, ale grymas na twarzy przeważył. Nie chciałam się sprzeczać. Bez słowa pomogłam Yarissie wstać i wyszłam na zimną ulicę, nie oglądając się za siebie. Drzwi trzasnęły, a ja zostałam sama z półprzytomną kobietą na ramieniu,

Noc była ciemna. Nie ufaj nikomu - powiedzieli mi pierwszego dnia w Astrum.



ZAUŁEK MAGIKÓW

Lekki powiew wiatru, świeże powietrze wypełniało moje płuca, zsyłając błogi spokój. Otworzyłam oczy. Biel wypełniała nieskończoną przestrzeń wokół, rażąc i ciągnąc się w każdą stronę. Stałam na twardej powierzchni ubrana w te same szaty, które miałam na sobie we śnie. Dziwny był ten sen, chodziłam po jakimś mieście rodem z książek fantasy… To był tylko sen, sen w śnie. Koniec. W snach nic złego się nie zdarzy…Sny to tylko złudzenie. Realistyczne złudzenie. Czuję zapach, słyszę dźwięk, palce dotykają powierzchni…

Bez ostrzeżenia zewsząd rozległ się klakson pociągu, głośniej i głośniej przytłaczał mnie i przenikał. Uderzenie w bok odrzuciło mnie do tyłu, coś przygniotło. Kości pękały, krew w gardle zawrzała, krztusiłam się. Rozżarzony metal palił policzek, beton otarł całą twarz. Umysł zgasł.

Świat zawirował, podparłam się na wątłym ramieniu obok. Obudziłam się. Anissa straciła równowagę, gwałtownie oparła się na ścianie i z trudem podtrzymała mnie przed upadkiem. Wzięłam głęboki wdech i popatrzyłam na dziewczynę. Uniosła delikatnie kąciki ust, ale zamiast uśmiechu zobaczyłam grymas na młodej twarzy. Jej płaszcz był zarzucony na nas obie, dopiero teraz poczułam krople deszczu na policzkach i spoconych włosach.

—  Idziemy do Zaułka Magików. Trzymaj się — rozkazała, przyśpieszając kroku. Prawie straciłam przytomność, ból głowy dawał się we znaki… Wezmę potem aspirynę, poleżę trochę… Nie pytałam o nic, na pół przytomna stawiając kroki ulicami tego dziwnego miasta. Wpatrywałam się w szare kocie łby, którymi wyłożono bogatsze ulice, ubitą ziemię, śmieci… Lewa stopa, prawa stopa, lewa stopa… Suknia ubrudziła się w błocie, deszcz się nasilał. Było mi wszystko jedno.

Ciepły kompres na czole, zapach ziół, koc okrywający zmarznięte ciało. Ciemność była wszędzie. Przymrużyłam oczy i wytężyłam wzrok. Linie ukazywały się coraz szybciej, ludzie wyłaniali się z mroku. Przetarłam spoconą twarz, zaczesałam palcami mokre włosy do tyłu. Nagle wszystko zabłysło, zabarwiło się na kolory.

Czerwona tkanina nad głową chroniła przed deszczem sporą grupę ludzi wszelkich narodowości; ciemnoskórą kobietę z dzieckiem siedzącą pod szarą ścianą z niemowlęciem w rękach; śniadego mężczyznę śpiącego obok mnie, zwiniętego w kłębek; skośnooką dziewczynkę z lalką w ręce, siedzącą przy wejściu. Przypominała Laponkę, ale jej włosy lśniły się nieskazitelną bielą.

Kolorowe ubrania ludzi przypomniały mi cyganów, których widziałam kiedyś we Francji, ale te były liche i biedne, połatane i znoszone. Jakimś cudem barwnik utrzymał się przez lata prania. Nie śmiałam się odezwać. Gdzie była Anissa? Rozejrzałam się wokół, czując na sobie wrogie spojrzenia mieszkańców prowizorycznego namiotu.

A deszcz ciągle padał.



SPOKÓJ

Yarissa nie była w dobrych rękach, ale na pewno lepszych, niż moje. Czerwonogłowa leżała bez sił na macie, bredząc coś przez sen. Pot perlił się na czole, oczy rzucały się pod silnymi powiekami. Przeżyje ten pierwszy atak.
—  Jeszcze chwila i jej przejdzie — powiedziałam do matki z dzieckiem. Kobieta z ludu Culutho szepnęła coś do siebie, marszcząc brwi. Nie rozumiałam Azaiskiego, więc spokojnie przemówiłam do małej Selki, bawiącej się w kącie lalką.
—  Przyjdę w południe. Opiekujcie się nią, a dobrze wam zapłacę — mruknęłam, kładąc jej dłoń na ramieniu. Nie pierwszy raz skłamałam.

Noc kończyła się, ale deszcz nie ustawał. Podobno na południu Tiglavve już narzekają, że woda niszczy mosty. Że niby Jana, że niby bóstwo… Ofuknęłam jakieś dziecko wbiegające prosto we mnie i zawinęłam się w płaszcz, który prawie wcale nie chronił mnie przed niczym. Lepsze były już ubrania dostarczane przez pomoc społeczną w mieście… Koniec, Anissa. Koniec powracania do przeszłości. Nie ma wodoodpornych peleryn, parasoli, nie ma niczego.

Na rynku pierwsi kupcy ustawiali się, żeby jak najwcześniej sprzedać towar, z piekarni wydobywał się boski zapach świeżych bułek i bochenków… Nie miałam przy sobie pieniędzy, żeby je kupić. Posypane ziołami, chrupiące bułki… W brzuchu zaburczało, żołądek się buntował. Jeszcze tylko chwilę, jeszcze godzinę. Na wschód słońca jeszcze poczekam — pomyślałam, patrząc na gęste chmury. Zanim mżawka ustanie, będzie dwunasta. W środku dnia ulice będą przepełnione ludźmi, tłumami i wszystkim, czego nienawidzę.

Przez dwie godziny kluczyłam po mieście, sprawdzając, czy ktoś nas nie śledził. Przewinęłam się przez Złote Ulice, Rynek, Główną Dzielnicę i pomniejsze uliczki, gubiąc ewentualny trop. Nikogo nie widziałam, nikt nie mógł za nami podążać. Zresztą, może Yarissa była na tyle słaba, że przeoczyli zaburzenie pola? A może właśnie przeszukują gospodę? Nie, z pewnością nie. Nie wiedzą o mnie, więc jak mogą dowiedzieć się o Yarissie?

Ogarnął mnie spokój, rzadkie uczucie… znowu byłam bezpieczna. I tym razem mam towarzystwo.



EUFORIA

Kobieta przegrzebała nasze rzeczy, szukając pieniędzy albo czegoś innego. Sprawnymi dłońmi szukała ukrytych kieszonek i wreszcie nie znajdując nic przydatnego, zostawiła torby i wróciła do dziecka leżącego na stosie szmat. Bałam się ją odgonić, dopiero teraz złapałam torby i natychmiast przygarnęłam do siebie. Miałam nadzieję, że nic nie zniknęło, bo całe to towarzystwo wyglądało, jakby wzrokiem było w stanie coś ukraść…

Namiot był niewielki, jeśli mogłam nazwać go namiotem. W ślepym zaułku ludzie rozwiesili pomiędzy ścianami zieloną tkaninę, z łatami i zaszytymi dziurami. Za przednią ścianę robiło kilka pękniętych beczek, uszczelnionych szmatami i nieoheblowane deski, byle jak postawione tu i tam. Sznurki splecione w warkoczyki chroniły nas przed wścibskimi spojrzeniami z zewnątrz. Takie drzwi na nic się nie nadawały, wiatr wpychał je do środka, a deszcz sprawiał, że przypominały mi namoczonego mopa do podłogi.

Nieprzytomny dotąd mężczyzna nagle wyskoczył na środek i zawrzeszczał coś w nieznanym języku. Kobieta zerwała się, powierzając dziecko małej dziewczynce i siłą chciała przygwoździć go do ziemi. Bezdomny szarpał się, próbował ją uderzyć. Murzynka zacieśniła uścisk, niemowlę płakało, krzyk był przeraźliwy. Włóczęga odtrącił kobietę, która uderzyła głową o wystającą skrzynię, podszedł do dziewczynki, unosząc dłoń… Miał atak po jakichś proszkach?!
—  Stój! —  zawyłam, energia rozprzestrzeniła się w moim ciele, krew wrzała.

Menel ruszył na mnie z nożem, zawahałam się, ale piruet w bok jednak go zmylił. Za dużo piwa, czy co tam wziąłeś. Mężczyzna uderzył w mur, odbił się i z zamachu ciął do przodu z rozpędem. Niewidzialna siła pokierowała mną dalej. Umknęłam, popychając dziewczynkę. Kobieta za nim podnosiła się, podpierając się na ręce.
—  Pveathr kalipar! —  zawołał w moim kierunku, spluwając. Przeklęta dziwka — odezwał się mój mózg. Znałam ten język? Nie pamiętam, żeby studiowała mowę pijaków.

Dysząc, zbierał siły do ataku. Wychudła twarz drżała, mięśnie się napięły. Skoczył z boku, sięgając dłonią do mnie. Znowu uskoczyłam, tym razem atakując. Ciepło rozlało się po całym ciele, słup prądu z głowy trafił do nóg, z palców wystrzelił niepowstrzymany płomień, przeradzając się w kulę ognia. Nim się zorientował, uderzyłam prosto w jego twarz, poprawiając uderzenie łokciem wbijającym się w jego twarz. Zadowolenie przepełniło moją duszę.

Nigdy nie zapomnę zapachu spalonej skóry i potwornego wrzasku, który będzie prześladował mnie do końca życia... ale euforia zwycięstwa jest piękniejszym uczuciem.



PIĄTY DOM, PIĄTA PIWNICA W MIEJSCU, KTÓRE NIE MA NAZWY

Plan był szalony. Znaleźć budynek, zejść do piwnic, znaleźć pomieszczenie, zbadać i uciec za wszelką cenę. Tylko głupiec porwałby się na coś takiego; wejść wilkowi prosto w paszczę, zostawiając broń za sobą. Może ryzyko nie jest takie wielkie? Wreszcie człowiek, który ją wyprowadził, musiał mieć coś wspólnego z Gildią Wędrowców. Na pewno zataił ślady, ustawił barierę czy coś zdolnego ukryć energię pozostałą po przeniesieniu się. Może wreszcie go odnajdę. Odnajdę Gildię. Odnajdę dom.

Uliczka, którą opisała mi Yarissa, była wąska, jakby ktoś popełnił błąd przy jej planowaniu, i prawie pusta. Prawie, bo tę część Bohrii zamieszkiwała biedota na tyle bogata, by opłacać wygórowany czynsz za kamienice, które nazywali swoim domem. Jakieś dzieci przebiegły z domu do domu, sznury z lichymi ubraniami przeciągnięte nad głową poruszyły się, gdy wiatr zaszalał pomiędzy budynkami. Nic nie stanowiło zagrożenia. Na razie. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Piąty dom, piąta piwnica w miejscu, które nie ma nazwy.

Stary budynek trwał, wciśnięty w lepiej utrzymane kamienice. Zbudowany jasnego kamienia jak wszystko w Bohrii, pokrytego „nowym” tynkiem używanym od kilkuset lat. Zapuszczony, niezamieszkany, może nawet nie ma właściciela. Ciekawe, żółta dachówka była nawet z tych droższych. Zacieki na ścianach, zielony nalot. Dopiero teraz zauważyłam ślady po płomieniach, które podczas pożaru musiały wydostać się na zewnątrz jak czerwone zasłony wybrzuszone przez wiatr.

Weszłam do niewielkiego zniszczonego pomieszczenia, przez pusty otwór z tyłu, który pewnie był przeznaczony na okno i od razu skierowałam się do otwartej klapy prowadzącej na dół. Kto mógł wybudować coś takiego? Na co? Nie chciałam zagłębiać się w historię tego miejsca ani głębsze korytarze, ale znalazłam salę, gdzie wylądowała Yarissa. Spodziewałam się czegoś innego.

Zamiast szczurów, obleśnych grzybów, smrodu… przeraziła mnie krew na ścianach, ślady ognia i zwęglone fragmenty nie wiadomo czego, leżące na podłodze. Runy, które zostawiły ślad w kamieniu, służyły do przemieszczania obiektów. Obiektów lub ludzi. Zbadałam ściany. Czarny osad był wszędzie, popiół pokrywał wszystko. Ślady dłoni na ścianach. Zastygłe ślady krwi? Nie znalazłam nic więcej, co mogłoby naprowadzić mnie na trop mężczyzny. Pomimo światełka, które potrafiłam wywołać, tylko tyle rzuciło mi się w oczy. Analizujemy?

Tak… Co się tutaj stało? Ściany wskazywały na to, że coś zapaliło się, albo wybuchło. Kiedy? Kilkanaście dni temu. Więc to nie sprawka Yarissy. Kto mógł…

Kroki niosące się korytarzem ostrzegły przed intruzem, zerwałam się do drzwi. Światło zgasło, ale pamiętałam drogę. Stopy biły o posadzkę, ręce pomagały utrzymać równowagę, serce biło coraz mocniej. Z rozpędu wyskoczyłam przez okno, z rozbiegu chciałam wdrapać się na mur do sąsiedniego podwórka… Zbyt szybko wydostałam się na zewnątrz. A to był największy błąd, jaki mogłam popełnić. Szara cela, kraty i słoma rozsypana na podłodze. Znaki wyżłobione w kamieniu paznokciami tych, którzy już nie żyją. Krew, która wsiąkła w kamień. Świeża. Magowie za ścianą. Nikt mi nie pomoże.



DUM SPIRO, SPERO

Kazała mi wynieść się natychmiast. I gdy zbierałam broń Anissy, jej torby, to dotarło do mnie, co zrobiłam. Zabiłam człowieka. Na oczach dziecka. Bez sądu, bez zastanowienia się, bez litości. Zwęglona skóra, swąd spalonej tkanki… Nie zasłużył na taką śmierć. Ja zabiłam. Zabiłam. Zabiłam żywego człowieka. Zabiłam człowieka. Zabiłam mężczyznę. Zamordowałam ogniem. Zabiłam, zgasiłam życie. Na wieki, własnymi rękoma, energią pochodzącą z wnętrza mojego ciała. Żywym ogniem.

Kobieta wypchnęła mnie na zewnątrz prosto w kałużę. Suknia była i tak brudna, ale tym razem woda dotarła aż do warstw bielizny… Szybko się podniosłam, zasłaniając torbą tył ubrania. Murzynka wynurzyła się zza rozhuśtanych sznurków i rzuciła kilka słów w języku przypominający jakiś afrykański dialekt. Nie miałam jej tego za złe. Boże, zabiłam człowieka! - sumienie się przypomniało, ale jakaś blokada powstrzymała myśli.

Jak znaleźć Anissę? Słyszałam, jak mówiła, że wróci w południe. Przeczekać do dwunastej? Skąd wziąć zegar? Pozostawiłam zmartwienia na później i szybko wybiegłam z zaułka, w którym koczowali inni bezdomni, na ulicę przepełnioną rzeką ludzi poruszającą się w każdym kierunku. Nikt nie spojrzał na mnie, omijali mnie jakbym była za szklaną szybą.

Stałam na środku ulicy, podziwiając dziwaczne budynki. Białe mury pomimo pyłu i brudu jaśniały w słońcu, które przebiło się właśnie przez chmury. Dachówki, jeszcze wilgotne od deszczu, miały ciemnobrązowy kolor. Spojrzałam przed siebie, na wznoszącą się ku górze drogę, wreszcie na odległe budynki, mury i wieże. I wtedy dopiero zrozumiałam, że to nie sen. Że to wszystko dzieje się naprawdę. Że jestem tutaj, brodzę bosymi stopami w błocie, gdy czerwone kosmyki porywa wiatr. Oddycham, istnieję. Dum spiro, spero — podpowiedziało coś wewnątrz mnie, przyjacielski głos w umyśle.

To nie może być prawda. Ruszyłam w górę, byle przed siebie, byle odpocząć. Kamienie wbijały się w stopy, ale to nie miało znaczenia. Wejdź wyżej, odpocznij, pomyśl wszystko — takie były instrukcje głosu. Zauważyłam, że ten kobiecy głos miał swoją barwę, brzmienie. Nie należał do mnie, nie należał do nikogo, kogo znałam. Był aksamitny, ciepły i niski, jak głos matki, dający rodzicielską radę. Usłuchałam, poddając się obcej woli.

I nie minęła godzina, a wydostałam się z miasta, z dala od ludzi, od jasnych murów i spojrzałam wolna na wszystko, co było tutaj i teraz. Rzuciłam wszystko obok, patrząc na otaczający mnie świat. Zielone trawy falowały pod łagodnym wiatrem znad wody, skały opierały się morzu. Widok był jak z filmów o miejscach, których istnienie podważałam. A teraz mogłam unieść ręce i zamknąć oczy, czując smak piękna i wolności. Coś, czego nie znałam, żyjąc w mieście. Powiewy szarpały suknią, ale dawały nadzieję. Z każdym oddechem, jakaś część mnie odradzała się na nowo.

—  Czy teraz rozumiesz, czym jest piękno? —  zapytał głos obok. Odwróciłam się, ale nikogo nie było w pobliżu. Przez chwilę trwałam w konsternacji, szukając rozmówcy. Wzruszyłam ramionami i popatrzyłam na słońce, mrużąc oczy.
— Brakowało ci tego — oznajmiła niewidzialna kobieta. Co do… —  Nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz — dodała, widząc moje usilne wytężanie wzroku w każdym kierunku. Nic, nikogo aż do murów miasta w tyle.
—  Kim jesteś? —  zagadnęłam, mając nadzieję, że to tylko mój mózg płata figle. Spojrzałam na kojące fale sięgające horyzontu, uginające się jak spokojne płomienie.
—  Jestem twoją Przewodniczką.



MYŚLI

Tortury, o których słyszałam z opowieści w karczmach, były niczym w porównaniu do tego, co zaserwowali mi magowie Kręgu. Nie wiedziałam, czy czuję każdą część ciała, czy żadną. Nie myślałam o wyrwanych paznokciach, opalonych palcach, cięciach, oparzeniach i ranach zadanych biczem. Ból był zbyt duży. Wedle rady Nathana; zamknęłam się w sobie i zażyłam truciznę w dawce, o której wspominał. Wystarczy, aby zasnąć na kilka dni i się przebudzić. Tylko trzeba się przebudzić na stosie trupów, a nie pod ziemią. Nie pozwoliłam się im złamać. Musiałam się jakoś trzymać. Musiałam przeżyć.

Udawałam głupią. I cierpiałam tak samo, jak gdybym wyjawiła prawdę. Nie zastanawiałam się nad niczym innym, bo znałam ten scenariusz. Nathan mówił mi o wszystkim: jak mam odpowiadać na pytania, jak się zachowywać, żeby oszczędzać wodą, żeby działać tak, jak mnie nauczył. Nie dopuszczałam do siebie niczego innego poza wskazówkami i poleceniami kogoś, kto przeżył to kilka razy. Brutalne przesłuchiwania, pościgi, tortury. Nie wiedziałam tylko, że to będzie takie trudne. Trucizna działała.

Chciałam się poddać, chciałam powiedzieć wszystko, co wiedziałam, chciałam, żeby dali mi spokój. Żeby przestali. Ból stawał się nie do zniesienia, zabijał upartość, zmuszał do zdrady. Ale za każdym razem widziałam tę dziewczynkę, która poświęciła za mnie swoje życie. I to jej krew zastygła na ścianach celi. Żebym teraz się nie poddała, żebym zwyciężyła wszystko.

Cela zdawała się wspomnieniem, gdy odpływałam w nicość pod wpływem środku. Myśli…



BARIERA UMYSŁU

Rozum nie potrafił wyjaśnić tego, co się właśnie działo. Odepchnęłam go więc na chwilę w cień, by widzieć wyraźniej nierealną rzeczywistość. Zapomniałam o tym, że wszystko jest nieprawdopodobne, niemożliwe i znów utworzyłam usta, tak jakbym plotkowała z przyjaciółką w kawiarni.
— Gdzie mnie prowadzisz? — szepnęłam bardziej do siebie, ale kobieta usłyszała każde słowo.
— Czyż nie jesteś Wędrowcem w Czasie, zagubionym w niewłaściwym świecie? — odpowiedziała pytaniem. Chciałam pytać dalej, ale wspomnienie napłynęło samo.
— Dotykając jakiegoś niewielkiego przedmiotu, przeniosłaś się do trochę innej rzeczywistości... Na świecie wciąż jest sporo przedmiotów, które stanowią swoisty klucz do Astrum… A… Właśnie… I te klucze to Artefakty... Po naszemu, artefakty. Muszę to poprawić. Po spełnieniu swojego zadania Artefakty przenoszą się w losowe miejsce w promieniu około stu kilometrów. Aby wrócić, musisz je znaleźć… — słyszałam głos mężczyzny, który wyprowadził mnie z piwnicy na powierzchnię miasta.

To były jego słowa, gdy pisał do mnie informację na kartce. Przez chwilę czułam wszystkie uczucia, jakie przez niego przepływały jak strumień wody. Czułam strach, żal, nienawiść… litość, tęsknotę… odwagę. Mój umysł cofnął się z wizji, znowu stałam na wybrzeżu.
Tak jakbym przez chwilę stała się nim. Ogrom informacji i odczuć zrobił mi mętlik głowie, czekałam, aż to przejdzie, by wreszcie zadać kolejne pytanie. Obecność Przewodniczki była wyczuwalna, tak jakby stała tuż obok.
—  To jest sen, prawda? — szepnęłam, bariera pękła.
— To nie jest sen — odpowiedziała, wyczułam w jej głosie nutkę zażenowania. Nastała cisza przerywana piskami mew, szumem wiatru i uderzaniem fal o skały. Gdzieś w oddali do portu kierował się statek o białych żaglach, z przedziwną flagą na maszcie. Myślałam, że kobieta znikła, ale potem przyszła kolejna wizja, jeszcze wyraźniejsza.

Byłam tysiącem ludzi porozrzucanym na całym świecie, odczuwałam zimno i upał, głód i sytość, dumę i zniewagę. Co sekundę patrzyłam oczami innej osoby; góry, miasto, piasek, morze, las, karczma, jezioro… Słowa zlewały się w jedno, ale coś się w moim umyśle przestawiło. Zapomniałam o Londynie, Anglii, Europie, Ziemi. Teraz było Astrum, Tiglavve, Avia, Shal Thos. Wspomnienia z tamtego życia odeszły w cień, niepotrzebne tutaj.

To chyba jakiś żart.



ZOBOJĘTNIAŁAM

Myślałam, że działanie trucizny będzie inne. Że, sama nie wiem, zasnę i obudzę się już na zewnątrz. Na stosie trupów, półżywa, doczołgam się do kanałów. Z twarzą przy ziemi i krwią na rękach znajdę pomoc. Ucieknę magom i wrócę, niosąc zemstę.

Widziałam siebie z bronią w ręku, wyżynając wszystkich, którzy stanęli mi na drodze. Widziałam więźniów, którym zwracałam wolność. Widziałam Yarissę, smażącą swoimi dłońmi stare twarze, wyrodne spojrzenie i krzywy uśmiech goszczący u kata. Widziałam innych, którzy pomogli nam przedrzeć się przez barierę, żeby wreszcie dopaść resztę. Krew wrzała, serce biło jak oszalałe, mózg pracował na najwyższych obrotach, cięłam z precyzją, siekłam pod idealnym kątem. Ciepła ciecz rozbryzgiwała się po ścianie, kopnęłam drgający korpus, z piruetu odparłam atak i odrąbałam wyciągniętą dłoń…

A tymczasem czułam wszystko, każdą kroplę krwi na policzku, każdą ranę, każde oparzenie… Tortury ciągły się w nieskończoność, pytania zlewały się razem z moim krzykiem…

Tylko jakoś tak… zobojętniałam...



DORSZ ZA DENARA!

Nic. Ani śladu w zaułku, w którym mnie pozostawiła. Albo raczej brak zaułka, bo kobieta z dzieckiem i dziewczynką zniknęła; po lichym namiocie pozostało tylko wspomnienie. Popatrzyłam na miejsce, gdzie przed kilkoma godzinami leżałam — zamiast zużytej maty trochę brudu na jasnych kostkach; skrzynie oparte były o ścianę, ustawione i przesunięte w bok. Zwinęli się w ekspresowym tempie, aż to niemożliwe. Nawet po krwi nie została najmniejsza plamka.

Przetarłam zziębnięte ręce i zawiesiłam torby na ramieniu. Wróciłam na ulicę. Łuk Anissy cały czas uderzał o ziemię, zahaczał o przechodniów wszelakich ras i narodowości, i budził w nich jakieś dziwne reakcje. Czy coś robiłam nie tak? Skierowałam się w górę, szukając jakiegoś rynku, jeśli tutaj taki istnieje — pomyślałam, podziwiając pobielone fasady przeróżnych domów, kamienic i innych budynków, których przeznaczenia nie potrafiłam zdefiniować. Architektura była zarazem obca i dziwnie znana. Wiedziałam, że ludzka ręka ułożyła każdy kamień, ale jakaś nieznana myśl tchnęła w to wszystko życie. Doprawdy, fantastyczna jest ta rzeczywistość.

Rynek był ogromny. Zdawało mi się, że w tak dziwnym mieście i w tak prymitywnych czasach nie istniał tak rozwinięty handel. Patrzyłam na ustawione w równe rzędy stoiska i kramy, na ludzi oglądających towar, na kuglarzy przedzierających się przez tłum, podrzucających w górę kule. Mnóstwo kolorów i kształtów, tętniące życie wokół. Czułam zapachy tak piękne, jak najdroższe perfumy, nieznane mi przyprawy zwracały uwagę, gdy skręciłam w „warzywniak”; wreszcie, wiedziona przez nos, zatrzymałam się przed czymś w rodzaju budki z jedzeniem.

Kramik był zrobiony w całości z drewna, tkanina w paski robiła za daszek; w czymś na kształt prowizorycznego grilla z kamienia skwierczały kawałki apetycznie wyglądającego, jasnego mięsa. Spory kawałek ryby piekł się nad ogniem, posypany aromatycznymi przyprawami, roztaczał wspaniały zapach. Żołądek przypomniał o sobie jeszcze raz, a ja na chwilę zapomniałam o świecie wokół, szybko wgryzając się w dorsza za dziesięć denarów…


...

[Wspomnienie] Mama delikatnie pogładziła mnie po głowie i przytuliła do siebie jeszcze mocniej. Byłam szczęśliwa, że siedziała blisko, że siedziała tutaj. Że myślała o mnie, że miałam ją u boku. Oparłam się o jej ramię, przymykając oczy. Byłam po prostu szczęśliwa i nie potrzebowałam niczego więcej niż kochających rodziców obok. Nawet pusty żołądek odpuścił, odmrożone palce jakby zniknęły. Liczyła się tylko jej obecność, dobro, którym mnie obdarowywała. Wreszcie byłyśmy razem, razem z tatą.

Chwyciłam kubek w ręce, zawijając się szczelniej w czerwony koc. Był szorstki i brudny, ale ogrzewał. Albo raczej utrzymywał ciepło, gdy śnieg zawiewał pod zniszczony most. Prowizoryczne ściany postawione z blachy falistej skrzypiały i jęczały, gdy wiatr napierał coraz bardziej. Przysunęłam się do beczki z ogniem, opierając się o wygrzaną ściankę. Żar w środku ledwo jaśniał, ale zardzewiała powierzchnia emanowała przyjemne ciepło. Jeszcze chwila i będzie mi cieplej. Prawie jak w domu, w prawdziwym domu. Przechyliłam kubek i przelałam nijaką ciecz do ust. Rozcieńczona kawa, żeby się ogrzać. I zastąpić jakoś brak jedzenia. Dzisiaj mieliśmy wyjątkowo kiepski dzień. Co udało się zebrać, oddałyśmy tacie. A tata od kilku dni nie wstawał z łóżka. Był wycieńczony. Choroba nie ustawała, ale wszyscy mieli wrażenie, że będzie lepiej. Że musi minąć trochę czasu, że organizm musi naładować baterie i dopiero wtedy zwalczy chorobę.

Popatrzyłam, jak mama niezgrabnie odchodzi od naszego kąta i podpierając się na kuli, podchodzi do łóżka taty. Usiadła na samym brzegu i dotknęła jego czoła z tą samą miłością, jaką mnie przedtem przytuliła. Wtedy właśnie zrozumiałam, co oznacza miłość. Byłam za młoda, ale jakoś potrafiłam sobie ułożyć w głowie, na czym to wszystko polega. Że to wszystko nie jest takie proste, że wymaga poświęcenia i tego czegoś w środku, co sprawia, że istnieje w tobie człowieczeństwo.

Pamiętam, że coś błysnęło w jej oku. Jeden błysk, chwila, zniknęło. Emocja zawarta w spojrzeniu, w jednej łzie. Wtedy nie wiedziałam, czemu płacze. Zdawało mi się, że to ze szczęścia. Z radości, że jest lepiej. Że tata wyzdrowieje. Byłam za mała, żeby sobie uświadomić, jak bardzo się myliłam.



TWÓR

Od zniknięcia Anissy minął dokładnie tydzień. Przez te siedem nieszczęsnych dni próbowałam się dowiedzieć, co tak właściwie się stało. I zrozumieć wreszcie, że to wszystko to nie sen. Że naprawdę czuję szorstkie łóżko, jeszcze ciepłe od mojego ciała, wilgotną drewnianą podłogę i szum morza za oknem. Każdego ranka dotykałam gładkiej skóry na dłoniach, czesałam czerwone kosmyki i wpatrywałam się w obcą twarz, która powoli stawała się moją własną. Gdyby ktoś powiedział mi, że wyśle mnie na miesiąc do książki fantasy, najpierw uznałabym to za żart, a potem zadzwoniła po policję. I zaprowadziła do psychiatry.

Żal i panika władały mną na okrągło, zmuszając do skrywania twarzy w dłoniach, odwracania się od ludzi i walczenia z łzami w samotności. I przez to całe cierpienie uświadomiłam sobie, że spotkało mnie coś niezwykłego. To coś odmieniło moje spojrzenie na świat już na zawsze. W legendach i baśniach rzeczywiście istnieje cząstka prawdy. Brutalnej prawdy.

- Zanim pozbierasz się do reszty, minie sporo czasu, prawda? - powiedziałam pewnego dnia do swojego odbicia, sznurując gorset. Był taki sam, jaki widywałam w muzeach. A teraz usilnie próbowałam sama ciągnąć za mocne tasiemki, aby choć trochę go zatrzymać na talii. Nie dawał takiej swobody ruchów jak współczesna bielizna, ale prostował sylwetkę i zmuszał ją do przybrania ładniejszego kształtu. Przeglądając się w lustrze, nie mogłam się nadziwić, jak cała się zmieniłam. Będzie trzeba się przyzwyczaić, prawda?

Lustro nie odpowiedziało. Czułam się, jakby uwięziono mnie w ogromnej klatce. Z jednej strony swobodnie, ale nie byłam wolna. Czasami miałam wrażenie, że prócz mnie obok jest ktoś jeszcze, jakaś inna kobieta, inny umysł. W oddali zepchnięta na sam koniec świadomości. Ta prawdziwa, której skradłam ciało. Czarodziejka, urodzona tutaj. Ona.

Poprawiłam czerwone kosmyki i uśmiechnęłam się do odbicia. Pomimo tego wszystkiego, co mnie spotkało, czułam irracjonalną radość. Zmieniłam się, zmieniłam się bardziej niż kiedykolwiek. I może nie powinnam się cieszyć, że przytrafiła mi ni się taka podróż. Że znalazłam się w odległym świecie, przepełnionym magią i wszystkim, co nierealne. Stałam się kimś innym. A może ktoś mi coś dosypał do herbaty? Wypiłam, nawet nie zauważyłam, kiedy odpłynęłam?

Bzdury. Cholera, to się dzieje naprawdę - przemknęło mi przez głowę, kiedy wreszcie dopięłam ostatnią zapinkę, czy czymkolwiek był ten haczyk na biuście. Turkusowa suknia z wąską spódnicą była chyba za bardzo wychuchana, jak na wyjście na miasto, ale miałam wrażenie, że wszystkie czarodziejki i czarodzieje zawsze ubierali się, jakby zaraz mieli iść na królewskie salony… Niejedna z czarodziejek miała na bladej szyi zawieszone błyszczące kamienie oprawiane w złoto czy srebro, diadem w jedwabistych włosach, złoty pył na ramionach. W porównaniu do nich moja suknia była skromna. A wystarczyło tylko przypiec pięty odpowiednim osobom z odpowiednią wielkością sakiewki. Nigdy nie przypuszczałam, że to będzie takie proste.

I wychodząc na zewnątrz, coś nagle mną wstrząsnęło. Co ja zrobiłam…

Przecież dwa dni temu torturowałam ludzi, używałam ognia, żeby wreszcie wziąć ich pieniądze… Paliłam ogniem żywych ludzi! Co się ze mną stało?! Czym się stałam?!

Zrobiło mi się słabo; upadłam na kolana, patrząc na zakrwawione ręce, które tak naprawdę były suche… Jeszcze nie wiedziałam, że coś się zmieniło. Stałam się kimś innym. Kimś o wiele gorszym...



MOMENT SŁABOŚCI

Kiedy przeniosłam się do Astrum pierwszy raz, myślałam, że większy ból nie istnieje. Albo przynajmniej nigdy takiego nie odczuję. A jednak, kto by przypuszczał, że nie miałam racji? Wszystko odmawiało posłuszeństwa, gdy próbowałam się wyczołgać spośród stosu zimnych trupów, szczurów i much oblepiających wszystko wokół. Ssanie w żołądku było niczym w porównaniu z ropiejącymi ranami na ramionach, rękach, sinych dłoniach. Wszędzie, gdzie tylko mogli mnie skrzywdzić…. Ale droga była krótka. 

Półwysep bohryjskii, tak nazywał się ten skrawek świata. Ludzie zawsze mówili, że tutaj jest najlepiej. Najbezpieczniej, najspokojniej. A nawet gdyby przyszło nam uciekać lub oddać życie, morze przyjmie nas w swoje objęcia jak matka własne dziecko. Otuli woalem spokojności i ukołysze do snu, raz na zawsze… Spojrzałam na fale uderzające o jasne skały i zamknęłam oczy. Decyzja zapadła. Słyszałam już tylko wodę, pisk mew i wiatr targający całą mną. Pochyliłam się do przodu, żeby skończyć to, co niefortunnie zaczęłam…

I wtedy zobaczyłam jasny, rozmazany obraz przed oczyma. Błyski zlewające się w całość. Szybko uniosłam powieki i odchyliłam się do tyłu, ale wizja nie znikała. Zamachnęłam się rękoma i wykrzyczałam jakąś formułkę, odpędzając złe duchy, ale nic się nie zmieniło. Widziałam nieprzenikniony ogrom turkusu, falującą tkaninę. Nieskończenie wielki, z każdej strony. Poczułam strach zmieszany z dziwną radością i determinacją, ślad szaleństwa. Niespokojne bicie serca. Aż wreszcie zarys sylwetki wyłaniającej się z morza, tasiemki, błysk materiału, czerwony kosmyk włosów. Wszystko się wyostrzało, teraz zrozumiałam, co widzę. Kogo widzę. Czerwone kosmyki włosów należały do Yarissy, to musiała być ona! I nagle wszystko zniknęło. 

Popatrzyłam na niczym nieograniczoną przestrzeń i przyjemnie grzejące słońce. Wiatr uderzył mocniej i jakby cała wiara i siły powróciły. Wszystkie sińce zniknęły, rany się zasklepiły, oparzenia wyblakły, po torturach nie pozostało śladu. Odetchnęłam z ulgą, próbując sobie wybaczyć ten moment słabości. Tak, przecież powinnam pomóc tej wariatce, bo podpali jeszcze całe miasto…



KONIEC

Dzień za dniem przemierzałam ulice jasnej Bohrii, wypatrując młodej łuczniczki. Szukając dziewczyny, która mogła być wszędzie i nigdzie. Albo już nie żyć. I nic nie mogło mnie powstrzymywać od łażenia od bramy do bramy, gospody do gospody i kramu do kramu, żeby wreszcie wracać do domu bogatsza tylko o plotki i wieści z dalekich krain.

A słuchałam o elfach, krasnoludach, centaurach i Malukach, którzy zamieszkiwali królestwa daleko na południe od Tiglavve. Słuchałam o Yahellianie, Barhadorze, Castelli i zastanawiałam się, jak bardzo oni wszyscy różnią się od nas. Od tego, co znałam. I zrozumiałam, że nie różnili się wcale. Istniały konflikty. Istniały podziały. Istniały uprzedzenia. Ten świat nie różnił się od naszego tak, jak mogłoby się zdawać. Tutaj właściwie nie ma znaczenia, czy jesteś elfem, czy krasnoludem - wszyscy zachowywaliśmy się w ten sam sposób, kochaliśmy to samo i tego samego nienawidziliśmy. Cywilizacje popełniały te same błędy.

Nie traciłam nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczę Anissę, ale nie zakładałam, że pojawi się szybko. Choć miałam wszystkie jej rzeczy, tak naprawdę nie wiedziałam, kim właściwie jest i jakie ma plany. Wiedziałam tylko, że była nieszczęśliwą dziewczyną, której życie rozpadło się jak szklana kula, która z impetem spadła na podłogę, rozpryskując się na miliony odłamków, raniąc stopy i duszę. Dzień za dniem przyzwyczajałam się do wszystkiego. I nic już nie było nowością. Ale brakowało mi kogoś, kogo mogłabym nazwać przyjacielem. 

Teraz mogę powiedzieć, że później już nigdy nie spotkałam Anissy osobiście. Jeszcze wtedy, w któryś słoneczny dzień Wisennego, otrzymałam list od posłańca. Krótki i konkretny. Czytałam go wiele razy, starając się odkryć, co też ta dziewczyna chciała mi sekretnie przekazać. Ale w tym liście nie było żadnej ukrytej treści. Łuczniczka napisała, że w związku z jej rodziną, musi się natychmiast udać do Castelli. Nie potrafiła przewidzieć, kiedy powróci, ani gdzie ją znajdę. Pozdrowiła mnie tylko na końcu, a w post scriptum poleciła, bym oddała jej torbę wraz z łukiem posłańcowi.

Mogę więc śmiało powiedzieć, że ten jakże krótki, ale ważny rozdział mojego życia zakończył się szaro i bez jakiegoś konkretnego oddźwięku w moim życiu. Jedno tylko mnie zastanawiało: przecież Anissa powiedziała, że jest Wędrowniczką. Skąd więc wzięli się tutaj jej rodzice…? Zostawiłam to pytanie na inny dzień, żeby wreszcie o nim zapomnieć. Wiosna wymazała wszelkie zmartwienia z mojej głowy, pozostawiając miejsce na troski, które miały nadejść.



Autorzy: Anissa | Infrea van Toyrin
Postacie: Yulia Austin | Yarissa van Toyrin

Nie wstydzę się starych wypocin.
7 marca - 2 maja A.D. 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zima 1159 roku
Loravia

gdy haran mrozem przyłupi, na wiosnę wszycko yetuna słońcem odkupi

Zima dała się we znaki nawet na zachodzie. Wszystkie przełęcze i doliny prowadzące na Pogórze są już niedostępne. Zaraniec jest naszpikowany lodem, a większość statków na dobre została uwięziona w portach Tiglavve i Loravii. Wszystko wskazuje na to, że Haran prędko nie odpuści i do wiosny będzie trzymał loravską ziemię w garści.
W Arvice odbywa się coroczny zjazd mistrzów złotnictwa z całego świata. W mieście pojawili się między innymi Karhatos z Deiru, Rodrig von Warenhasse z Varantu i Timorei pochodząca z Wysp Tiriońskich. Podczas zjazdu odbędą się także targi klejnotów, surowców i wszelkich kosztowności, a całemu wydarzeniu towarzyszyć będzie także nieoficjalny zjazd szlachty z Zachodu. Prawdopodobnie rozmowy będą dotyczyć Króla Parvana i jego nieporadnych rządów, a także ataku na klasztor w Tirze.
Choć napięcie pomiędzy konserwatywnymi poplecznikami Sverskella Farskaaja a tryteistami Króla Parvana było do niedawna niewielkie, przybycie Ulricha Sterna późnym latem i atak na zakon w Tirze kilkanaście dni temu zmienił wszystko. Lud upomina się o reakcję króla, który jednakże jest zajęty goszczeniem u siebie posłannika z Avii. Niosą się plotki o buncie, którego wybuch jest już tylko kwestią czasu.

kontakt

Infrea | Infrea#5102 | whiteapple (h)
aedvaren@gmail.com

chętny/a na wątek
niezaintersowany/a

Wątki

Współpraca

Aktualizacje

Drodzy autorzy obserwujący AV: nasz blog w żadnym wypadku nie umiera. Obecnie pracuję mad sporymi zmianami, a czasu zaczyna brakować, by dodatkowo publikować jakieś dodatkowe treści. Więc zastój na blogu jeszcze chwilę potrwa. Stay tuned :)
© 2019 AED VAREN by Infrea | Grafiki oznaczone jako autorskie oraz zawarta treść należy do AED VAREN | Polityka prywatności