(NIE)SZCZĘŚLIWA WIZYTA
Bogato zdobione kolumny, ściany pokryte płaskorzeźbami i freskami, szklane kule, wypełnione światłem i pokryte złocistą siateczką zdobień, ogromne okna, za którymi błyszczą gwiazdy i księżyc, marmurowa posadzka, służba w eleganckich ubraniach, roznosząca napoje i drobne przekąski, stroje arystokratów, błyszczące od złota, srebra i kamieni szlachetnych, całość tworzy pejzaż władzy, bogactwa i pychy. Powietrze, ciężkie od zapachu wspaniałych potraw, kobiecych perfum, woni kwiatów, wina i arogancji, dusi i przygniata. Ktoś zaczyna się śmiać, a kto inny krzyczeć, grupa mężczyzn po lewej mocno gestykuluje, a panie na prawo wymieniają uwagi, rzucając na około dumne spojrzenia. Kilka osób, skrytych w cieniu kolumn i bluszczu, rozmawia, rozglądając się nerwowo dookoła, jakby bojąc się, że zostaną przyłapane na spiskowaniu. Troje młodzieńców śmieje się głośno, popijając wino, od którego ich policzki są zaróżowione. Przy stolikach pod ścianą siedzą starsi arystokraci i dyskutują, zrywając i zawiązując sojusze i wymieniając opinie o ostatnich wydarzeniach.
– To dziecko! Jak dziecko ma rządzić całym królestwem?!
– Wygląda na rozsądną osobę i jestem pewna, że…
Reszta rozmowy utonęła w gwarze rozmów, ale dalsza część niezbyt interesowała Lucie. Wiedziała, o co kłócili, właściwie od czasu koronacji Frayi Sairento nie rozmawiali o niczym innym jak o tym, czy młoda królowa poradzi sobie na tronie. Powoli zaczynało ją to nużyć. Podniosła lampkę z winem z tacki przechodzącego służącego. Jeszcze raz rozejrzała się po tłumie, próbując ignorować odrobinę grubego szlachcica, który od godziny obsypywał ją potokiem komplementów, nadmiernie gestykulując.
– Eryku, czy naprawdę muszę ci powtarzać, że nie mam zamiaru brać udziału w tym absurdalnym planie? – spytała, gdy tylko szlachcic zrobił przerwę na oddech. Mężczyzna zaczerwienił się lekko. Lucie spojrzała na niego chłodno.
– Ja… mi nie wcale nie o to chodziło! – pisnął, czerwieniąc się jeszcze bardziej i unikając jej wzroku, na co kobieta jedynie prychnęła.
– Wybacz, ale muszę już iść – powiedziała zimno i odwróciła się z szelestem sukni. Ostatnimi czasy odnosiła wrażenie, że każdy czegoś od niej chce, próbuje ją wciągnąć jakieś szalone plany bez choćby cienia na powodzenie i że każdy zapomniał znaczenie słowa „nie”. Bez zbytnich trudności znalazła wyjście z sali i po przemierzeniu labiryntu korytarzy udało jej się wyjść na zewnątrz. Nim minęła godzina, Lucie znajdowała się w swojej bibliotece, przechadzając się pośród ksiąg.
W Zimnicy było… zimno. I wiało. Bardzo. O ile Lucie nie miała nic przeciwko temperaturze, tak wiatr ją denerwował i plątał włosy, które zapomniała spiąć przed przejściem przez portal prowadzący z Bohrii do Zimnicy. Westchnęła, po czym ruszyła w dalszą drogę. Nie miała zamiaru przebywać na zewnątrz ani chwili dłużej. A zaledwie kilka godzin temu siedziała w swoim domu i przeglądała jedną ze starszych ksiąg w swojej bibliotece o wykorzystaniu mniej znanych ziół w lecznictwie. Na jej szczęście i nieszczęście osoby, którą chciała odwiedzić, siedziba Bractwa Itinerum nie znajdowała się zbyt daleko od domu Mazru. Poprawiła pelerynę, bardziej szarą niż błękitną i zacisnęła dłoń na sztylecie, chociaż nie miała zamiaru go używać i traktowała go jako opcję ostateczną. Uśmiechnęła się lekko, gdy zaledwie parę metrów przed sobą zobaczyła budynek, którego szukała. Nagle usłyszała jak ktoś ją woła, więc odwróciła się, ledwie unikając zderzenia z uśmiechniętym młodzieńcem. Zacisnęła jedynie wargi, uniosła brew i spojrzała chłodno w brązowe, pogodne oczy.
BUJAJĄC W OBŁOKACH
Kopyta siwka zastukały szybko i rytmicznie, gdy ciemnowłosy rekrut nagle wyrwał z szarego zamku, zostawiając za sobą zdziwionych członków Kompanii Świtu i rosłego mężczyznę, patrzącego na pył unoszący się za młodym jeźdźcem. Koń biegł płynnym i równym galopem w dół ścieżki, do Zimnicy. Mężczyzna zacisnął opaloną dłoń na kamiennej poręczy i zmarszczył ogorzałą od słońca twarz, obserwując wciąż złotookiego rekruta.Wiatr wiał od strony Xayanai, zimny i przenikliwy, zbyt zimny, jak na początek lata. Nie był to zwykły, górski powiew, takich tutaj nie widywano od dawna. To był wiatr znad przeklętych ruin mrocznej Tatrii, magiczny i złowrogi. Chłopi mówili nań morowe powietrze, bo niosło zarazki i nieszczęście, w tym także śmierć.
Gdy ustawał wiatr, słońce jakby nabierało mocy i paliło tak, jak pali w Starowierchu czy Iglicy. Siwek parł dalej przed siebie, niosąc na grzbiecie młodzieniaszka, którego w mieście widywano zdecydowanie za często, niż widywać się powinno. Gdy zbliżyli się do południowej bramy, rekrut ściągnął wodze ku sobie i wyprostował się w siodle, delikatnie odchylając. Siwek zrozumiał polecenie, był już zresztą zmęczony po szaleńczym galopie w dół zbocza, a potem gonitwie do miasta. Tętent niosący się po głuchej ziemi ucichł, a perlący się od potu koń z ulgą zwiesił łeb ku ziemi. Panicz w jasnej koszuli również odetchnął, przecierając czoło rękawem. Jeszcze przed mostem puścił wodze zaufanego wierzchowca i szybkim ruchem związał rzemieniem długie już do ramion włosy w kucyk. Cholerne buty już parzyły go w stopy; nie mógł się pokazać w mieście boso, więc zacisnął zęby, licząc na zimny wiatr, który jak na zawołanie dmuchnął wprost w jego twarz.
Zimnica tętniła życiem tylko dlatego, że było to jedyne miasto, w którym można było przetrzymać letnie upały, które nasilały się z roku na rok. Markotne szare mury odstraszały, surowe budynki zbudowane z drewnianych bali zdawały się ciężkie i napuchłe w takim cieple. Znachorzy i guślarze prawili, że oto nadchodzi powoli Ognista Pora, która powtarzała się ponoć co tysiąc lat i trawiła wszystko wokół, aby świat powstał z popiołów jeszcze raz i zapanował nowy porządek. Ale były to zwykłe bajki do straszenia małych dzieci, nigdy w Astrum nie słyszano o Ognistej Porze.
Rekrut poprowadził konia do znajomej stajni, gdzie zajęli się nim za pół darmo. Mogłoby się wydawać, że teraz nasz młodzieniec zamierza załatwić jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę. Młodzieniaszek jednak stanął w progu lichego budynku, oparł o framugę szerokich drzwi i rozejrzał się wokół, krzyżując ręce na klatce. W mieście nie było niczego, co mógłby załatwić, kupić, sprzedać czy zobaczyć. Nawet nie miał ochoty, aby odwiedzić tawernę, zresztą nigdy nie lubił tych zbiorowisk miejscowej smarkaterii i kupców.
Znowu uciekł, znowu bez słowa, tym razem jednak nie ze strachu, tylko z niepohamowanego gniewu, który zwykle był mu obcy. O tak, Jeremy nie potrafił się gniewać, a jeśli już to robił, to na krótko i niemal niewidocznie. Ostatnimi dniami wirował pomiędzy lękiem a gniewem, cokolwiek jednak by nie zrobił, zawsze jedynym rozwiązaniem niekończącego się problemu było spędzenie reszty dnia w mieście, do domu wracał wtedy, gdy po zamku panoszyli się przeróżni ludzie, rekruci, wojowie, członkowie Kompanii i goście, to znaczy — po wieczornej wieczerzy.
Wreszcie rzucił kilka monet stajennemu i nie obejrzawszy się za siebie, wyszedł z właściwej Zimnicy, kierując się w dół, do portu. Nie minęła chwila, a miał prawie że nad głową Samotny Pazur — solidny i ogromny kawał składy, na którym zbudowano całe miasto. Zwinięte żagle lśniły w słońcu, tutaj nie było już tak ciepło. A gdyby tak zniknąć, odpłynąć gdzieś zagranicę, do Varsavii, choćby Akavellu? Jeremy każdego dnia walczył z taką myślą i każdego dnia wygrywał. Wreszcie nie może zostawić ojca samego, nawet, gdy jest jego kulą u nogi. Żelazną, ciężką kulą, taką, z którą się zawsze tonie.
Przeleciał wszystkie statki wzrokiem, bo przybiło kilka nowych, pewnie z Kolsviku, czy Veteris. Kolsvik też byłby niezły, pomyślał, sięgając wzrokiem jak najdalej. Jednak ani z Avii, ani z Castelli nie było żadnego, choćby najmniejszego żaglowca.
I znów z głową w chmurach, wszedł na powrót do miasta; przechadzał się wąskimi uliczkami Zimnicy, słuchając fal rozbijających się o głazy, rozsiane pod Samotnym Pazurem. Nieobecnym wzrokiem mijał wszystkich, wspinał się w górę, skręcał w pomniejsze uliczki, omijając podejrzanych typków tu i tam… Chmury na chwilę przysłoniły niemiłosiernie piekące słońce, wiatr zawiał mocniej, a Jer…
- Jeśli masz problemy z chodzeniem, powinieneś, udać się do uzdrowiciela. Chociaż na cud bym nie liczyła - dodał po chwili zimny i nieprzyjemny kobiecy głos.
SPOTKANIE PO LATACH
– Jeśli masz problemy z chodzeniem, powinieneś udać się do uzdrowiciela. Chociaż na cud bym nie liczyła – powiedziała, z trudem powstrzymując się przed okazaniem swojego zdenerwowania. W tym przypadku określenie jej stanu jako zdenerwowania było dość dużym niedopowiedzeniem. Na wszystkich istniejących i nieistniejących bogów, od tego spotkania zależało wszystko i każda sekunda stracona przez tego roztrzepanego młodzieniaszka dawała Mazru szansę na spotkanie z jej wrogami i podzielenia się informacjami, które nigdy, ale to nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Wysunęła dłoń spod peleryny, by użycie lodowatego sztyletu przestało ją kusić. Uwagę od przyczyny jej aktualnego stanu odwróciło ponowne wołanie. Ku niej zmierzał radosny staruszek w fioletowej szacie maga.
– Lucie! Jak miło cię znowu spotkać, a twój widok rozgrzewa moje starcze serce! – Arabes uśmiechał się nieco bezzębnym uśmiechem, na twarz pani Cullodeny przybrała wyraz pod tytułem „Ach tak?” podszyte niewielką ilością zmęczenia i rezygnacji. Jak znała swojego dawnego nauczyciela, a znała bardzo dobrze, ten nie da jej spokoju, dopóki nie dowie się wszystkiego, co wydarzyło się w jej życiu od ich ostatniego spotkania, które jeśli jej pamięć się nie myliła, odbyło się z pięć lub sześć lat temu. Powstrzymała westchnienie i odwróciwszy się w stronę nadchodzącego mężczyzny, zmusiła kąciki ust do niewielkiego uniesienia. Masz szczęście Mazru, przemknęło jej przez myśl.
– Witaj, mistrzu, miło mi cię widzieć – dygnęła lekko, schylając odrobinę głowę. Szanowała staruszka za wiedzę i umiejętności, mimo że jego sposób obycie często ją denerwował i doprowadzał do stanu niebezpiecznie bliskiego furii.
– Nadal piękna i młoda? – spytał, mrugając konspiracyjnie. – Do twarzy ci z młodością, moja droga! Aż wstyd mi, gdy przypominam sobie moje odbicie. Mamy tyle do opowiedzenia, zwłaszcza że nie odwiedzałaś mnie zbyt często ostatnimi czasy – powiedział, patrząc na nią tak, jakby chciał wymusić u kobiety poczucie winy, ale twarz Lucie nadal zostawała bez najmniejszego śladu emocji. Następnie spojrzał na młodzieńca stojącego obok niej – Jeremy, chłopcze, jak widzę, poznałeś już jedną z moich najlepszych uczennic, jeśli nie najlepszą? Właściwie to ty również ostatnio mnie nie za często odwiedzałeś! Nie ładnie, nie ładnie. – Arabes z uśmiechem pogroził mu palcem i roześmiał się, jakby chciał pokazać, że tak naprawdę się nie gniewa.
Lucie z trudem powstrzymała jęk i natychmiastową chęć ucieczki, która byłaby zupełnie nie w jej stylu. Wątpiła, by dla jej nauczyciela istniała wystarczająca dobra wymówka, która pozwoliłaby jej na natychmiastowe oddalenie się i zajęcie się zdrajcą. Pozostawało jej mieć nadzieję, że inni jej szpiedzy odpowiednio go przypilnują.
ROZMOWA TRZECH
— A więc wciąż…? — zapytał wymownie Arabes, unosząc siwe, wciąż krzaczaste brwi. Starzec znał go na wylot, przewidywał jego odpowiedzi, znał wszystkie zamiary. A mówiąc znać na wylot, Jeremy miał na myśli fakt, że Arabes zna go lepiej, niż on sam siebie. Tak, zdecydowanie lepiej. Opierając głowę na rękach, pokiwał głową ze wstydem, czerwieniąc się, jakby cały dzień wędrował po Âkcharze.
— Tak, wciąż. Ale… to jest w trakcie negocjacji — dodał, spoglądając kątem oka na wredną czarodziejkę, zajętą przygładzaniem fałd swojej jedwabnej sukni. Gdy rozmawiała z magiem, zdawała się całkiem inną osobą, miłą i pogodną, nawet sympatyczną. Gdy jednak Arabes zwrócił się do niego, wyprostowała się sztywno na krześle i uniosła nos do góry, patrząc na niego z wyższością. Teraz nie odzywała się ani słowem.
— Rozumiem — powiedział, opuszczając głowę i patrząc na czarodziejkę. — Ysmard to trudny charakter, niełatwo jest go zrozumieć, a co dopiero się z nim dogadać.
Jeremy milcząc, pokiwał głową. Tak, Arabes miał rację, właściwie nigdy się nie mylił. Poza tym razem. Z ojcem nie ma dyskutowania, nie ma walki o swoje zdanie. Jedyne co można zrobić to ustąpić, odwrócić wzrok i zrobić to, co ci rozkaże.
— To przez Kompanię. Pamiętam go, gdy był jeszcze młody, taki jak ty… — powiedział, a słowa odbiły się pośród ścian. — On się śmiał, on żartował, promieniała z niego radość i szczęście — na te słowa rozpostarł ręce i uniósł głos, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. Jeremy rzucił mu znudzone spojrzenie, pełnie sceptycyzmu i rezygnacji. Znał tę historię, słyszał ją wiele razy i nigdy nie uwierzył, że ojciec był kiedykolwiek inny. Już chciał się odezwać, ale starzec przerwał mu, wstrzymując go gestem dłoni.
— Wiem, co powiesz. Ysmard był innym człowiekiem, zmieniła go i wojna, i Kompania. Ludzie się zmieniają, dorośleją jeszcze bardziej i zaczynają spostrzegać, że mają prawie połowę życia za sobą. I wtedy zmieniają się najbardziej. Zaczynają żałować, stają się albo szorstcy, albo niewrażliwi, albo gburowaci. Ysmarda dopadło wszystko jednocześnie… — szepnął, patrząc, jak Jeremy ignoruje jego słowa. A ty zawsze i tylko słuchasz, ale zazwyczaj nie dajesz wiary moim słowom, młody człowieku! — zwrócił się do niego, inaczej, niż zwykle — oficjalnie, z wyższością; co od razu zresztą wstrząsnęło młodzieńcem. Poczuł się jakiś taki odrzucony, może niechciany.
— Jak możesz to wiedzieć?! — wreszcie wypalił Jeremy, wstając gwałtownie. Zapomniał o obecności czarodziejki i gdy to sobie uświadomił, z jeszcze większym wstydem niż na początku rozmowy usiadł, tym razem uciekając wzrokiem i od Arabesa, i od Cullodeny. Co w ciebie wstąpiło dziś? - skarcił się w myślach, garbiąc jeszcze bardziej. To wszystko przez ojca…
Cisza ciągnęła się jak guma, wszyscy troje usłyszeli najpierw odgłosy ulicy, potem pisk mew, wreszcie szum morza. Czarodziejka patrzyła za okno, niemal obracając w bryłę lodu każdego, kto odwzajemnił spojrzenie. Arabes miętosił kawałek purpurowej szaty, mrucząc coś pod nosem. Jeremy zaciskał pięść, przygryzał wargę i bił się z własnymi myślami.
— Jak wy właściwie na siebie wpadliście? — nagle zagadnął mag, a cała napięta atmosfera jakby zniknęła. — Znacie się?
Pierwszy raz, od kiedy weszli do środka, odważył się spojrzeć jej prosto w oczy.
Szybko pożałował, wreszcie nie był człowiekiem odważnym.
STARCZA PAMIĘĆ
Lucie z trudem powstrzymywała się ciągłego wzdychania, rzucania tęsknych spojrzeń drzwiom i widokowi za oknem oraz, o zgrozo, uderzenia głową o stół lub natychmiastowego wyjścia. Zamiast tego siedziała wyprostowana, z obojętną miną, pozwalając sobie na rozluźnienie bądź prawie że niewidoczny w czasie rozmowy z Arabesem, a przez resztę czasu spoglądając chłodno na młodzieńca, przez którego, poniekąd, znalazła się w tym miejscu.
Zgodnie z jej przypuszczeniami, stary uzdrowiciel wypytywał ją o wszystko. O przeczytane księgi, zawarte znajomości, odkrycia w dziedzinie lecznictwa, plotki z dworu, nastroje wśród arystokracji, poznane zaklęcia i wiele innych rzeczy, które utonęły w morzu innych pytań. Niczym więc dziwnym był fakt, że kiedy jej nauczyciel rozpoczął przepytywanie chłopaka, Jeremy’ego, była więcej niż wdzięczna. Przysłuchiwała się ich rozmowie, jednak nie skupiała się zbytnio na ich wypowiedziach, chociaż kilka razy padło imię Ysmarda i była ciekawa, kim dla niego jest ten podrostek. Samego Ysmarda znała i kojarzyła głównie jako wesołego, nieco nierozgarniętego młodzieńca, który po poznaniu okrucieństwa wojny zmienił się nie do poznania. Przypomniała sobie własne zdziwienie, kiedy ujrzała go po raz po powrocie z jednej bitw. Gdzieś znikł radosny blask, uśmiech zszedł z twarzy, a z każdą kolejną walką, z każdym kolejnym awansem stawał się coraz bardziej poważny, chłodny zdystansowany...
— Jak wy właściwie na siebie wpadliście? — Pytanie Arabesa wyrwało ją z jej własnych myśli, zmuszając do powrotu do świata śmiertelnych. — Znacie się? — spytał wesoło, a jego oczy zabłyszczały radośnie.
Zerknęła na Jeremy’ego, który uciekł wzrokiem w bok. Oczywiście zauważyła jego gwałtowną reakcję, ale młodzi ludzie mieli skłonność do emocjonalnych zachowań, więc ograniczyła się jedynie do chłodnego spojrzenia.
— Nie, spotkaliśmy się dopiero dzisiaj i nie mieliśmy okazji oficjalnie się ze sobą zapoznać — odpowiedziała spokojnie, zauważywszy, że chłopak nie kwapił się do odpowiedzi.
— Och, wybaczcie staremu człowiekowi! Nie ta pamięć co dawniej, sami zrozumiecie. — Arabes uśmiechnął się nieco nerwowo. — Lucie, proszę, poznaj Jeremy’ego Garlanda, syna Ysmarda Mocnego, Jeremy, pragnę przedstawić ci jedną z najlepszych uczennic, Lucie Cullodenę, Księżną Pozamrozia.
ZABIĆ WZROKIEM, TO MAŁO POWIEDZIANE
Od dawna Jeremy nie czuł się tak zdezorientowany. Najpierw Arabes zaczyna rozwodzić się na temat jego ojca, potem ta czarodziejka z miną, jakby Głos Kompanii był jej starym znajomym. Przez chwilę miał wrażenie, że nawet unosi brwi, gdy nauczyciel zaakcentował słowo syn. Tak, młody Garland od małego wiedział, że nie jest synem wielkiego wojownika, który walczył o niezależność Tiglavve jeszcze kilkanaście lat temu; tego, który ucina dłonie złodziejom; wreszcie tego, który przewodniczy wielkiemu bractwu. Jeremy nie był idiotą i nie zawsze rozmyślał o niebieskich migdałach. Wiedział więcej, niż inni mogą przypuszczać.Gwałtownie otrząsnął się z zadumy i zbladł, nie mogąc sobie przypomnieć zasad dobrej etykiety. Podniósł się z krzesła powoli, przeciągając wzajemne uściśnięcie dłoni. Natychmiast pożałował, że nie jest Selkiem; ci ludzie nigdy nie podają sobie dłoni, to i dla nich, i dla nas obcy, zachodni zwyczaj. Na szczęście Księżna widocznie w porę zauważyła zakłopotanie młodzieńca i trochę od niechcenia uścisnęła jego dłoń. Gest był zimny i żelazny.
Oboje powrócili na swoje miejsca, ale nikt nie śmiał rozpocząć rozmowy. Wreszcie Arabes, obarczony obowiązkiem rozwiewania napiętej atmosfery, poruszył się i podrapawszy się po brodzie, wskazał na Jeremiego.
— Jak widzisz, wiele cię ominęło, odkąd byłaś ostatni raz w Zimnicy. Oj wiele, wiele... — niepotrzebnie dodał, nagle tracąc cały animusz.
— Mieszkasz więc pani w Pozamroziu, tak? — wreszcie odezwał się młody, nabierając z każdym słowem odwagi. — Nie miałem okazji tam jeszcze zagościć, ale wielu przewoźników działających pomiędzy portami w Tiglavve wspominało mi, że to przytulne miasteczko i pomimo chłodu, który panuje wokół, tam jest jak w Bohrii — wyjaśnił, akcentując ostatnie słowo, jakby przez chwilę chciał tam odpłynąć i zapomnieć o całym świecie. — A przede wszystkim ród, który od wieków wziął pod opiekę Pozamrozie, jest przykładem dla innych rodów, poniekąd cenionych przez zgnuśniałą arystokrację — westchnął, przyśpieszając. Przez chwilę zapomniał, że czarodziejka zapewne nie jest chłopką, ani zwykłą mieszczanką. Umilkł, dając znowu do głosu dojść staremu nauczycielowi. Nagle cała ta jego elokwencja odeszła w cień, znowu był cichym i nieśmiałym Garlandem.
Starając się nie rozmarzyć podczas nudnej przemowy Arabesa, rzucił ukradkiem spojrzenie czarodziejce, zasłuchanej w opowieść. Dlaczego księżna wyglądała tak młodo, syn Ysmarda domyślił się szybko. Była przecież czarodziejką witalną, może nie uzdrowicielką, ale z odmładzaniem samej siebie pewnie dawała sobie radę. Jej oblicze było prawie nieskazitelne, czy więc aż tak dbała o swój nienaganny wizerunek? Wreszcie na dworze bycie wiecznie młodym było ostatnio w modzie... — pomyślał, czując na sobie jej wzrok.
Nie chciał dłużej wytrzymywać chłodnego spojrzenia więc, odwracając wzrok ku wyjściu, skłonił się taktownie i wyszedł, nie dając Arabesowi wymówić nawet słowa. Miał już w sumie wszystkiego dość. Spotkanie starego nauczyciela, wpadka przed nim i jeszcze ta jego idiotyczna nieśmiałość; dlaczego wyszedł tak szybko bez myślenia? A teraz jeszcze trzeba było wrócić do domu. Znowu.
Kręcąc głową, odrzucił ten scenariusz. Nie, na razie lepiej będzie siedzieć tu, aż ojciec nie ochłonie. Właściwie, może on nawet nie był rak rozeźlony, jak mu się zdawało. Garland szybko zwrócił uwagę na wypowiedź czarodziejki, która dotychczas nie odzywała się prawie wcale.
Autorzy: Seara | Ethan Carter
Postacie: Lucie Cullodena | Jeremy Garland
21 czerwca - 20 lipca A.D. 2017
Zakończenia brak





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz