Info

Informacje


NIEOBECNOŚCI BRAK
Mamy 490 rok Drugiego Milenium (1.490). Jesień rozległa się nad Aryntią, a ciepło jest tylko wspomnieniem minionego lata. Powiew z północy niesie smak chłodu i zimy, która nas czeka. Jeszcze przez dwa miesiące największy oddział Straży Pokoju będzie stacjonował w międzyświatach Gór Poszumistych.
Spis - grafik i poradników
Instrukcja, jak wstawić opowiadanie?
Wyzwania 2017
Recenzje Tiglavve
Złote myśli naszych autorów
Korektor pisowni LanguageTool
Nasz pokój do losowań
Na poprawę nastroju :)
Administracja
Infrea - whiteapple (H) | aedvaren@gmail.com
Ethan - ethan.mckot@gmail.com

Autorzy:
Infrea | Ethan | Farrel | Lucie

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Zamknij

niedziela, 31 grudnia 2017

Cykle: Przypadek i przeznaczenie jedno mają imię




złodziejskie chwyty

- Ej, Lavellan, przestań gapić się na te świecidełka, tylko chodź! – Wróbel zaczynał być ewidentnie coraz bardziej zirytowany, przeskakując niecierpliwie z nogi na nogę. Dagna zmarszczyła nos z dezaprobatą, wciskając srebrny naszyjnik w głąb przepastnej kieszeni luźnych spodni. Zachowa go sobie, to pewne, tego łupu Sójkom nie odda. Drobny medalionik był zbyt ładny (i zbyt… tajemniczy), by oddawać go w brudne łapska szefa. Podniosła gwałtownie głowę i w podskokach dogoniła swego towarzysza.
- Jakieś wieści od grubego szlachciura? – zapytała, wpychając sobie do buzi parę sucharków zgarniętych z dna torby – Tego, który twierdził, że wie o naszej kradzieży.
- Nic nowego. – odparł Wróbel flegmatycznie, powłócząc nogami – Albo dał sobie siana, albo ktoś go uciszył, nie wiem.
- Mam nadzieję, że to drugie. – krasnoludka zmarszczyła brwi w zamyśleniu, lecz zaraz się rozchmurzyła – Jakby co, sami możemy to zrobić.
- Posuwasz się za daleko. – stwierdził kompan monotonnie, pociągając nosem.
- Nieprawda. – przystąpiła do obrony – Czasem trzeba. Chyba, że chcesz siedzieć w pierdlu, to zapraszam, przyjacielu. Bo, jak przyjdzie straż, zauważy naszą skrytkę pełną kosztowności i cholerną skrzynkę pełną zdobionych figurek, to co powiemy? „Och, przepraszamy, to nie my!”? NIKT się na to nie nabierze. Poza tym… złym ludziom powinny dziać się złe rzeczy, co nie? Gdyby nie był aż tak niedobry, może nie skończyłby aż tak martwy.
- On żyje, Lavellan. – wytłuścił chłopak, przewracając ostentacyjnie oczami i przyspieszając kroku.
- Niedługo. – przyłożyła prawą rękę do klatki piersiowej i uniosła dumnie podbródek – Bo ja, Dagna Lavellan, oficjalnie dopisuję go do listy osób do zabicia.
- Ile jest osób na tej liście? – dopytał Wróbel, nieco zaciekawiony.
- Noo… teraz dwie. – wzruszyła ramionami – Jeszcze ten mały popierdzieleniec z Bohrii, który specjalnie wylał na mnie kufel wina w karczmie.
- I za to ma umrzeć?
- Nie lubię typa. – ucięła dziewczyna wymijająco.
- Zachowujesz się jak dzieciak. – westchnął kompan, wymijając ją, by pójść przodem. Dagna już miała mu coś odparować, kiedy chłopak gwałtownie się odwrócił i zatkał usta dłonią - Przymknij się, to on! – syknął, po czym dał dyla za ścianę jednego z budynków.
- K t o? – zapytała zdumiona, otrzymując od Wróbla wściekłe spojrzenie. Zreflektowała się prędko i dołączyła do niego, chowając się w tym samym miejscu. Wyjrzała z ciekawością zza kryjówki – Kim jest ten facet? – dodała szeptem.
- Kimś, kto nie do końca mnie lubi. – odrzekł chłopak, nie obdarzając jej nawet spojrzeniem, a jedynie niespokojnie wyglądając za ścianę – Nie będzie za wesoło, jeśli go spotkam.
- Och… - westchnęła, wpatrując się w młodego mężczyznę – Czym zalazłeś mu za skórę? – zwróciła się znów do towarzysza.
- Przestań. Mówić. – warknął.
- Nie wiem, jak ty, ale ja stąd spadam. – prychnęła cicho, lekko obrażona, po czym podniosła się i niepostrzeżenie wymknęła zza rogu. Otrzepała spodnie z kurzu i liści, po czym ruszyła przed siebie dumnym krokiem. Miała w zamiarze po prostu wyminąć tych wszystkich ludzi, lecz jej chciwy wzrok przykuła mała skórzana sakiewka, zapewne wypełniona monetami. „Ach”, pomyślała z rozmarzeniem, „mam dość tych rozmokłych sucharów, a i raz na jakiś czas można się połakomić”. Dokąd zmierzał mężczyzna? Czyżby do ulubionej karczmy? Dagna nie przepadała za nią aż tak; to tam wdała się w bójkę z jakimś dziwnym chłopakiem. Ale – sukces wymaga poświęceń! Westchnęła ciężko i zawitała do środka. Jej „cel” już tam siedział, przy jednym ze stołów, gawędząc ze zgrają innych facetów. To może być trudniejsze, niż się wydaje… Zmarszczyła jednak brwi, ganiąc się w myśli za moment wahania, po czym dziarskim krokiem ruszyła w stronę mężczyzn.
- Hej, hej! – przywitała się wesoło, siadając obok swej potencjalnej ofiary – Mam nadzieję, że mogę się przysiąść? – zapytała z czystej uprzejmości, jednak nie dała towarzyszom ani sekundy na odpowiedź – Wyśmienicie! Jak długo siedzicie w Bohrii? Doprawdy PIĘKNE miasto, nieprawdaż? Bawię tu od miesiąca, a już ciężko byłoby mi wracać do domu…
Jeden z tych bardziej podpitych panów chciał coś dodać od siebie, lecz Dagna, z nader słodkim uśmiechem, nie dała mu dojść do słowa, kontynuując swą przemowę.
- Jestem Morrigan, pochodzę z Barhadoru. – Morrigan, imię jej opiekunki, było jedyną fałszywką, jaka przyszła jej do głowy – Bardzo ładne miasto i ciężko opisać mą tęsknotę. Bardzo daleko stąd. – jej lewa dłoń niepostrzeżenie powędrowała w stronę sakiewki. Uda się, uda! Już czuła szorstki materiał opuszkami swych palców – I, powiem wam, to… ach! – zupełnie niespodziewanie poczuła straszliwy ból na lewej dłoni… blizna! To durne, magiczne znamię dało o sobie znać w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I, a jakże inaczej, przykuło uwagę mężczyzny. Chwycił momentalnie za sakiewkę, tuż po tym, jak Dagna zdążyła cofnąć piekącą dłoń.
- Uch… muszę lecieć. – rzuciła pospiesznie, po czym czmychnęła z miejsca zbrodni. Otuliła prawą dłonią tę bolącą, próbując zakryć emanujące zielonkawym światłem znamię. „Oby mnie nie gonił, oby mnie nie gonił!”, myślała. Nie była szybka. Nie było miejsc do ukrycia. „Przekichane”, załkała w myślach, wybiegając z karczmy i rozglądając się wokół w pośpiechu.


była młoda i pozornie głupiutka

- A on mówi: „To nie świnia, to moja żona!” - powiedział łysy krasnolud, przechylając piąty już kolei kufel cierpkiego piwa do swoich szerokich ust wykrzywionych tak, jakby ktoś mu przed chwilą przywalił. Zaśmiałem się sztucznie, bo żart nie był ani trochę śmieszny. Tak jak moja obecna sytuacja. Ten dzień był za piękny, żeby dobrze się zakończyć. Nigdy nie chwal dnia przed zachodem słońca, mówiła matka. Do zachodu słońca zostało jeszcze tyle czasu… A moja boska osoba, zamiast wydawać pieniądze, właśnie utkwiła w karczmie z ludźmi, z których obchodziły wyłącznie pieniądze. A raczej ich zwrot. Bo widzieliśmy się nie pierwszy raz, jeśli chodziło o korony. Tak, kilka koron właściwie, Ethanie.
Już dobre dwie godziny próbowałem się wymigać od podpisywania świstka, na którym to zobowiązuję się do spłaty sporej sumki w terminie trzech miesięcy. A ja nie zamierzałem niczego podpisywać. Bo tutaj, banki mają inne metody radzenia sobie z dłużnikami. Żadnego ogłoszenia upadłości, nie ma tu bankructwa ani niczego, co mogłoby uratować mój tyłek. Więc siedziałem, śmiałem się i piłem wraz z nimi, czekając na odpowiedni moment. Kiedy będą na tyle upici, żeby zapomnieć moją twarz. Ale miałem już dość czekania.

Popatrzyłem na handlarzy, na sakiewkę z koronami, znów na handlarzy i szybko sięgnąłem po nią ręką, patrząc w oczy krasnoluda. Jego towarzysze dalej rechotali z głupawego kawału, a ja uśmiechnąłem się, czując opuszkami palców sznurek, którym była związana drogocenna sakiewka. Jednak gdzieś w głębi, byłem prawdziwym złodziejem… Powoli łapałem już za brzeg skórzanego mieszka, gdy coś zacisnęło się boleśnie na moim ramieniu. Znieruchomiałem.
- Ejże, a papiery?! - ryknął kompan krasnoluda; ten właśnie podrywał jakąś cycatą pannę pomiędzy stolikami. Lewą ręką zgarnąłem pieniądze do torby, a prawą wziąłem w dłoń pióro, patrząc na najemnika, który miał widocznie za zadanie mnie pilnować. Niech to diabli wezmą… Powoli zbliżyłem je do papieru, przez chwilę się ociągając… Postawiłem pierwszą kreskę…
I wtedy przysiadła się ta młoda dziewczyna. Miałem gdzieś to, o czym paple. Była młoda i pozornie głupiutka, a nawijała bez przerwy. Coś Barhador, coś Bohria… I zrozumiałem, że nie dosiadła się bez powodu. Nie minęła chwila, a moje spostrzeżenia się sprawdziły. Kątem oka zobaczyłem jej smukłą rączkę, gdy sięgała po sakiewkę z moimi drobnymi oszczędnościami, bo grubsza kasa leżała w torbie. Chciałem jej pozwolić, żeby zwinęła, co trzeba; już w głowie miałem zaplanowany cały scenariusz, jak to nagle orientuję się, że mnie okradła i dzielnie ruszam w pościg, zostawiając miejsce na moje nazwisko puste…
Ale coś się nie udało, bo grymas bólu szarpnął jej twarzą, niemal zgięła się w pół, chwytając za dłoń. I szlag trafił cały plan, wszyscy już zauważyli, co chciała zrobić. A może i nie? Najemnik podniósł się, krasnolud wyszczerzył żółte zęby…
- Uch… muszę lecieć. – stęknęła i szybko wybiegła z karczmy, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Ostatnia szansa, nim mnie dopadną. Teraz! Zerwałem się za nią, zabierając torbę z pieniędzmi i mając nadzieję, że proszek w piwie prędzej czy później zadziała.
Nie śpieszyłem się, czekając, aż wbiegnie do zaułka, z którego z pewnością nie ma wyjścia. I wszystko poszło jak z płatka. Teraz wystarczy mieć się na baczności i trzymać kasę przy sobie - powiedziałem do siebie bezgłośnie, przepychając się przez tłum ludzi ciągnących w górę miasta. Niewielu kierowało się w dół, do bram i biedniejszych dzielnic. Tłum był jak rwąca rzeka, porywał wszystkich ze sobą, a opornych - deptał. Co się też mogło się dziać tam na górze?
***
Nim zdążyła jakoś zareagować, rzuciłem jej dwadzieścia pięć denarów, wcześniej zawinięte przez handlarza w papier. Wydawało mi się, że pieniądze upadną pod jej stopy, rozsypując się z brzękiem, ale złodziejka zręcznie je złapała, błyskawicznie chowając gdzieś pomiędzy fałdy ubrania. Dopiero wtedy zauważyłem, że była prawie dzieckiem, niską nastolatką. Znowu, nie czekając na jej odpowiedź, podałem jej prawą dłoń, szeroko się uśmiechając. Jeśli miałem się jej przypodobać, trzeba było zacząć już teraz.
- Wybawiłaś mnie z rąk tych podłych lichwiarzy, którzy chcieli mnie bezlitośnie ogołocić z pieniędzy, pani. Oto moje podziękowanie - dodałem, nisko się kłaniając. Ciekawe, czy uwierzy w taką ściemę? Mówiąc to, przypomniałem sobie, że od teraz mam lepiej pilnować torby… 


SERCA PRZEKLĘTE

Dagna zmarszczyła nos w zamyśleniu, uważnie wpatrując się w twarz mężczyzny. Przechyliła lekko głowę, zauważając w zaistniałej sytuacji jakąś nieprawidłowość.
- Dajesz mi forsę za to, że chciałam ci ją ukraść? – zapytała, może odrobinkę zbyt szorstko. Nieco zgorszona swym tonem, uśmiechnęła się lekko na znak, iż nie kręci nosem.
- Mogę wziąć ją z powrotem. – „dobroczyńca” wzruszył ramionami z obojętnością.
- Nie! – krasnoludka cofnęła się o krok, jakby w geście obrony swej nowej zdobyczy – Znaczy… dziękuję bardzo, mój drogi towarzyszu…
- … Ethanie. – dokończył, prostując się i odgarniając grzywkę, która wpadła mu w oczy.
- Także, towarzyszu Ethanie – ciągnęła dziewczyna radośniej – dziękuję. Zjem wreszcie co innego, niż ten wstrętny, czerstwy chleb.
- A ty jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna, chyba dość od niechcenia, gdyż nie podzielał ogromnego entuzjazmu swej towarzyszki. Dagna spojrzała na niego ciut zdziwiona.
- A… nie mówiłam? – podrapała się nerwowo po karku, przechylając zabawnie głowę.
- Śmiem zgadywać, iż Morrigan nie jest twą prawdziwą tożsamością. – odparł niewzruszony, zupełnie ignorując niezgrabne próby ominięcia tego tematu i usilne owijanie w bawełnę.
- Och, dobrze. – westchnęła krasnoludka ostentacyjnie, zakładając ramiona na klatce piersiowej – Dagna. Dagna Lavellan, aka Słowik. Uliczna złodziejka, skarbnica sekretów i okazyjnie niechciana przybłęda. – tutaj skłoniła się jak ci wszyscy szlachcice, wyolbrzymiając każdy ruch - Liczę, iż również nie skłamałeś co do swego imienia. Jest zbyt ładne, byś mógł mieć jakiekolwiek inne.
- Skarbnica sekretów? Nie przypuszczałbym. – zauważył Ethan, może z odrobinką kpiny.
- Oszczędź kąśliwych uwag. – jęknęła dziewczyna, próbując ukryć urażoną dumę.
- Swoją drogą, Dagna to dość unikalne imię. Czy w prawdziwym świecie również je nosisz? – dopytał po chwili milczenia, gdy pytanie to przyszło mu do głowy.
- Prawdziwym świecie? – dziewczyna nachmurzyła się – TO jest prawdziwy świat.
- Czegokolwiek byś sobie nie wmawiała, ten świat nie jest tym „pierwszym”.
- Pierwsze czy setne, tamte realia to dno. – Dagna schyliła na chwilę głowę, a przez jej twarz jakby przebiegł cień cierpienia, pierwszy raz od wielu miesięcy – Maszyny. Broń palna. Bomby atomowe. To przeraża. - wydusiła i zamilkła na chwilę, by zaraz pokręcić głową - Nieważne. Żałuję, że w ogóle dałam się taką zobaczyć. Zapomnij. 
Krasnoludka spojrzała w górę; słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, a niebo barwiło się na delikatny róż i pomarańcz. Nadchodził koniec dnia, a wraz z nim - zdawanie łupów. Powinna udać się do siedziby Sójek, by oddać zarobione monety do rozdziału. Żałowała, że nie mogła zachować ich dla siebie, lecz musiała oddać łup, by nie wzbudzić podejrzeń. Odgarnęła złociste kosmyki, które spadły na jej twarz, by znowu spojrzeć na ciekawą twarzyczkę Ethana, która - bądź co bądź - wzbudziła jej sympatię.
- Słuchaj, przyjacielu. - zaczęła, podchodząc kroczek bliżej - Muszę spadać, bo mam ważne... spotkanie. Mam najszczerszą nadzieję - tu przyłożyła dłoń do piersi - że jeszcze się spotkamy. I nie w takich... niezręcznych okolicznościach. Trzymaj się!

Przemknęła się do małego kantorka, kurczowo ściskając swą torbę w ubrudzonych dłoniach. Jedynymi źródłami światła były pojedyncze promyki, wpadające jeszcze przez szczeliny w deskach, oraz licha świeczka o drobnym płomyku. Dagna rzuciła na stosik łupów sakiewkę z pieniędzmi, jednak znaleziony wcześniej medalik zachowała sobie, ukrywając w najgłębszej kieszeni. Chyba nikt nie widział... wróciła się z powrotem przed magazyn.
- Zdałam te monety. - poinformowała Ashera, chłopaka nadzorującego gromadzenie łupów. 
- Słowik... dwadzieścia pięć denarów, tak? - zapisał coś na kartce cienkiego papieru, po czym zmarszczył nos w zamyśleniu - Czekaj, Lavellan. Mam tu notkę. Ktoś doniósł, że przedwczoraj zachowałaś sobie dziesięć monet. 
- Ja? - prychnęła z dezaprobatą - Dlaczego ktoś miałby donosić na mnie? 
- A więc przyznajesz się do winy? Wybornie. - odparł sucho, zupełnie ignorując jej pytanie, po czym zakreślił coś w notatniku - Podobne przewinienie miał Park, dzisiaj wieczorem wykonuje karę. Dołączysz do niego.
- Poważnie? - jęknęła Dagna, rozkładając ręce bezradnie - Przynoszę tak strasznie dużo dóbr, a ścigacie mnie za durne dziesięć monet? 
- Dzisiaj, o księżycu, widzisz się z Parkiem obok bazaru. - ciągnął Asher, nie zwracając najmniejszej uwagi na narzekania dziewczyny - Wasz cel to dom tego wdowca, starego markiza...
- Wiem, wiem. - przerwała, odchodząc - Rozumiem. Dzisiaj dostaniecie waszą durną rekompensatę.

- Co tu robisz? - syknął Park, ten gbur, gdy Dagna złapała go na bazarze - Eleanor...
- Eleanor nie wspominała ci, że dołączam, wiem. - przerwała - Mamy odwalić tę robotę razem.
Park westchnął ostentacyjnie. Widać było, że na jego usta cisnął się zgryźliwy komentarz, jednak postanowił trzymać język za zębami. Mruknął tylko jakieś niewyraźne polecenie, po czym, pod osłoną nocy, skierował się w stronę kamiennej kamieniczki markiza. Samo wdarcie się do środka nie było działaniem nazbyt trudnym; wdowiec może i miał tytuł, jednak złota nie najwięcej, wobec czego nie był w stanie zapewnić sobie straży. Cały swój majątek, który pozostał mu po latach życia w luksusie, trzymał zaklęty w srebrnych wisiorach i złotych pucharkach. 
Stary markiz wcale nie jest tak znów stary, przemknęło przez myśl Dagnie, kiedy razem z Parkiem przemknęli przez sypialnię. Oczywiście nie był to energiczny młodzieniec, a jednak pewnie by jeszcze miał trochę siły, by podusić ich obu, gdyby ich przyłapał. 
- Bierz wszystko. - szepnął Park, zgarniając do torby wszelkie kosztowności z półek. Starał się robić to jak najciszej, a zarazem jak najszybciej, co niekoniecznie łączyło się w parę. Dagna chwyciła złotą figurkę żołnierzyka, gdy poczuła na sobie spojrzenie. Obróciła się niespokojnie, a głos na chwilę zastygł w gardle. Duża, silna postać markiza majaczyła się w drzwiach. Nie widziała jego wyrazu twarzy, a jedynie ciemną sylwetkę, idącą w jej kierunku.
- P-Park! - stęknęła, szarpiąc towarzysza za koszulę. Chłopak odwrócił się, rozeźlony, gdy mężczyzna doskoczył do niego ze swym zdobionym sztyletem. Złodziej jednak nie należał do powolnych, więc chwycił jego rękę, starając się z całych sił uniknąć ciosu ostrza w bark. Odepchnął mężczyznę, by ułamek sekundy polecieć za nim. Dagna nie była w stanie nic zrobić, zanim markiz osunął się na ziemię, z krwią tryskającą z jego rany w klatce piersiowej.
- Co zrobiłeś...? - wyszeptała z przerażeniem. Park zmierzył ją wzrokiem, po czym chwycił swą torbę z łupem i wybiegł na dolne piętro. Krasnoludka odczekała jeszcze chwilę, patrząc ze zmieszaniem na świeżego trupa, by wziąć z powrotem swą figurkę żołnierzyka i wcisnąć ją na sam dół swego worka. Wziąwszy go na ramię, truchtem zbiegła ze schodów i wybiegła z domu, czując obrzydzenie do tegoż miejsca.
Nie mogła wybrać gorszego momentu.
Strażnicy miejscy rzadko kiedy przechodzili tą ulicą, a jednak tym razem otrzymali taki rozkaz. Jeden z nich przyuważył Dagnę kątem oka, by zaraz ostrzec resztę. Krasnoludka nie spodziewała się tego, dlatego zaczęła uciekać przed siebie, nie było jednak możliwości umknięcia strażnikom.

Słońce na zewnątrz świeciło niemiłosiernie, ogrzewając gorący już chodnik. Dagna mogła spojrzeć na nie jedynie zza małego, zabitego kratami okienka. Patrzała na ludzi, wolnych ludzi, bezpańskie psy... czuła straszne rozgoryczenie. Ożywiła się, gdy zobaczyła znajomą sylwetkę tam, na zewnątrz, przechodzącą obok więzienia.
- Ej, pssst, Ethan! - zawołała mężczyznę, próbując wyciągnąć brudną dłoń za kraty. Obejrzał się, próbując znaleźć źródło nawoływań - Tutaj, na dole!
Okienko było na samej górze jej celi, a zarazem na samym dole budynku. Jakby budowniczy tego miejsca nie mogli się zdecydować, czy lochy mają być pod ziemią, nad ziemią, czy częściowo tu i tam.
- Ethan, Ethan, pomóż! - wyszeptała niespokojnie, kiedy kucnął, zdziwiony okolicznościami spotkania - Zostałam oskarżona o morderstwo. Nie zrobiłam tego, przysięgam, a zawisnę, jeżeli się stąd nie zmyję. Błagam, błagam, przyjacielu, uratuj mnie. Jeżeli mi pomożesz, wykradnę od naszej grupki tyle złota, ile będę mogła, i dam ci to wszystko, przysięgam, tylko uratuj. Mnie. Od. Śmierci.


SŁOWIK W KLATCE UWIĘZIONY

Jeśli ktoś miałby ostatnimi czasy wylądować w kiciu, to byłem pewien, że to będę ja. I nawet przywidywałem, za co mogą mnie zamknąć. Mój średni czas spędzony na wolności wynosił pół roku; ostatni raz oglądałem więzienne ściany zaledwie półtora miesiąca temu, mogłem czuć się bezpiecznie. A tu proszę, chcą, żebym wyciągnął kogoś z lochów i jeszcze uratował przed stryczkiem! Skazaną za morderstwo i kradzież młodą krasnoludkę, sprytniejszą, niżby się wydawało…
Popatrzyłem na Dagnę i jej brudną od pyłu twarz, i zastanowiłem się, kim ona dla mnie jest; dlaczego miałbym nadstawiać dla niej karku? Właściwie była tylko uliczną złodziejką, jakich pełno teraz w miastach. Młodą nastolatką, która pomimo doświadczenia i zdolności nie przewidziała tego, jak może się kiedyś skończyć niewinne i rutynowe czyszczenie czyjegoś mieszkania. Nie znałem jej dokładnie, mogłem tylko mieć nadzieję, że wciąż jest uczciwą osóbką, która jeszcze nie nauczyła się oszukiwać. Westchnąłem. Naprawdę, kompletnie nic jej ze mną nie łączyło.
Poza tym, że pochodziła z tego samego świata, nawet gdy starała się go odrzucić i o nim zapomnieć.
-Kiedy? - zapytałem bardziej sam siebie, gładząc zardzewiałe, ale solidne kraty. Ponure myśli odeszły w dal, miałem ochotę zrobić jej paskudny kawał.
- Co kiedy?! - pisnęła, tupiąc w miejscu małymi nóżkami. Jej krasnoludzkie alter ego ciągle wywoływało u mnie napady niekontrolowanego śmiechu; tym razem także się zaśmiałem, ale mina Dagny natychmiast zgasiła mój humor.
- Kiedy mają cię wieszać? - sprecyzowałem, patrząc jak złości się coraz bardziej. Parsknęła i wzruszyła ramionami, wciąż wyciągając szyję do góry.
- Nie wiem, nie mówili… - powiedziała bardziej z rezygnacją w głosie. 
- Szkoda, przecież nie mogę się spóźnić na twoją śmierć! - żachnąłem, odchodząc od krat. Dopiero później miało do mnie dotrzeć, że działając tak lekkomyślnie, mogłem popełnić ogromny błąd. Lecz na razie słyszałem za sobą tylko rozpaczliwe krzyki Dagny…

Słowik w klatce uwięziony
Słowik wstąpił między wrony
Słowik zbiera świecidełka,
Już nam słowik nie zaćwierka!

Jeszcze raz popatrzyłem na pozornie łagodne rysy twarzy dorosłego mężczyzny, który skrzyżował ręce na piersi i ostatecznie wyraził sprzeciw. Uparty, stary osioł! Starałem się grać pewnego siebie i niezwyciężonego w rozmowie, jednak podczas szybkiej wymiany zdań z bohryjskim justycjariuszem, który nie zamierzał odpuścić, zwyczajnie wymiękałem. Łapówka nie wchodziła w grę, nie mogłem także teraz porzucić Dagny. Zostało tak niewiele czasu… Dokładnie za trzy dni mieli hurtowo wieszać wszystkich po kolei, bo lochy pod pałacem były przepełnione. Nie wiem, czy sugerowało to, że w Tiglavve mamy tyle przestępców czy że strażnicy zacięcie łapali każdego, kto się im nawinął
- Panie, błagam… - stęknąłem, przybierając błagającą pozę. I nagle mnie oświeciło. - Panie, moja to moja małżonka, jakem ja mam teraz zostać wdowcem? - westchnąłem dramatycznie, łapiąc się za serce. Bystro zerknąłem na niego; choć ukrywał wszystko za opaloną skórą naznaczoną bliznami, za maską powoli pękał.
- Wiecie, jakie jest prawo. Niewiasta czy chłop, wypuścić nie możemy, jeszcze jak złodziej, co zabijał? - zakończył, wstając ze skrzypiącego stołka. Cholera! Podjąłem ostateczną próbę i uklęknąwszy, przytuliłem się mocno do jego stóp. Scena była pewnie zabawna, a choć mi nie widziało się wąchanie jego zaśmierdzianych szwaj, przesadnie zawyłem, czując, jak środek podrażniający oko działał. Po policzkach spłynęły nieszczere łzy. Czułem się jak skończony dureń. Przez chwilę popatrzył na mnie z litością, ale widziałem, że nie uległ do końca. Wtedy podniosłem głowę i odpaliłem słodkie oczy, wręczając mu mimo protestów mieszek z fałszywkami, które były naprawdę wybornie zrobione.

Słowik w klatce skoczył
Słowik martwo pisnął
Słowik piórkiem zatrzepotał
I wtem kluczyk zastukotał

W powodzenie całego przedsięwzięcia od początku nie wierzyłem. Jak miałem znaleźć ją, uwolnić i wyprowadzić? Nie dość, że nie miałem doświadczenia w uciekaniu z więzień, to nie miałem pojęcia, kogo do tego nająć. I tak odwiedzałem wszystkich znajomych, tu i tam sypnąłem groszem, komuś postawiłem piwo, aż wreszcie dotarłem po sznurku do kłębka.
O Zakonie Czarnych Róż słyszałem niewiele, a właściwie tyle, ile się słyszało w karczmie czy na rynku. Jakoś nie interesowało mnie, co dokładnie robią, gdzie działają i jak działają. Jednakże byłem pewien, że zajmują się wyłącznie mordowaniem wskazanych przez klientów pionków w politycznej grze o władzę i pieniądze. A jednak zajmowali się także pomocą przy organizowaniu ucieczki z więzień. Nie byłem pewien, czy będę miał możliwość podpisać z Czarnymi Różami kontrakt. Kontrakt niecodzienny, za który sypnę denarami. Lecz poszukiwania Zakonu pozostawiłem na jutrzejszy dzień; dziś wolałem się wyspać i dokładnie wyprać ubranie po szorowaniu sobą podłóg w pokoju justycjariusza. I przytulania się do jego zatęchłych butów!



PRISCILLA WIELKA

Otrzepała pył z i tak brudnych już spodni, dziurawych i przetartych. Psiakrew, zaklęła pod nosem, w ogóle nie dbają o swych więźniów. Nie żeby kogokolwiek w ogóle obchodziło, czy najcudniejsza więźniarka miejskich lochów czuje się dobrze w swej "kwaterze".
Dagna westchnęła głęboko, opierając się o pień drzewa. Była obrzydliwie głodna, a przez najbliższe parę dni raczej nie miała zamiaru pokazywać się Sójkom, które zapewne trwały w mylnym przekonaniu, że to ona spartaczyła całą robotę. To Park powinien ponieść karę, tymczasem teraz pewnie zbiera oklaski jako ten s p r y t n i e j s z y.
Gdzie się, zaraza, podział ten Ethan? Krasnoludka wbiła sztylet w pień w przypływie frustracji, a kawałki kory posypały się wokoło. Nie może mu podziękować... ani zapłacić. Nie żeby jej na tym szczególnie zależało, niemniej nie była zbyt zadowolona z nagłego zniknięcia nowego przyjaciela. Tym bardziej, że słyszała dość nieciekawe plotki na temat całego cyrku.
- Bogowie, żona? - jęknęła sama do siebie - Czy on na serio wmówił temu zasrańcowi, że jestem jego żoną? - pień dębu naznaczony był już co najmniej ośmioma pchnięciami ostrza. Nareszcie, zmęczona już walką z martwą naturą, zsunęła się na ziemię, z irytacją wbijając broń w wilgotną glebę.
Szczekanie psów ewidentnie odróżniało się od słodkiego świergotu ptaków, także usłyszawszy obce odgłosy, Dagna nadstawiła uszu. Obróciła się nieco, usiłując dostrzec w gąszczu źródło coraz bogatszej gamy dźwięków - czyichś krzyków, jakichś głosów, skowytu wilczurów. Z zapartym tchem podniosła się z miękkiej warstwy mchu i, wziąwszy uprzednio swój sztylet, ostrożnie podeszła w stronę miejsca, skąd dochodziły odgłosy. Zdawała sobie sprawę, że marnym ostrzem nie ma szans w otwartej walce, lecz ciekawość zwyciężyła. Zakradła się między jakieś chaszcze i, przyczaiwszy się, obserwowała przebieg zdarzeń. Wszystko wskazywało na to, że jakiś przytłusty szlachciura został wraz ze swą karetą zaatakowany przez leśnych bandytów - ci, zestrzeliwszy z kuszy jego wierne psy i jednego strażnika, pozostawili wielmożę praktycznie bezbronnym. Normalnie Dagna zapewne nie dbałaby o los wstrętnego arystokraty, jednak ten wydawał się być szczególnie bogatym i wpływowym osobnikiem. Szybko kalkulując w głowie wszelakie za i przeciw, krasnoludka zdecydowała się pomóc swemu zwyczajowemu wrogowi - a nuż się coś dostanie?
Zabity strażnik miał miecz, piękny, stalowy, zapewne kuty specjalnie dla niego. Nie był daleko, lecz zdobycie go wiązało się z ogromnym ryzykiem skończenia z bełtem w klatce piersiowej. Postanowiła więc czekać na odpowiedni moment, wciąż w tym samym miejscu.
- ... wszystko, co wieziesz, powiedziałem! - warknął jeden z dwóch zbójców, obrzydliwie pociągając nosem. Zachowywał się (zresztą i wyglądał) jak prosię.
- Już, już, panie. - wymamrotał szlachcic cienkim głosem, z rękami wysoko uniesionymi obracając się w stronę wozu - Nie mam zbyt wiele przy sobie w tym momencie, ale...
Dagna nie przysłuchiwała się dalej przestraszonemu głosikowi puszystego mężczyzny; zauważyła, że koleś z kuszą opuścił swą broń delikatnie, podążając za arystokratą w ślady swego kompana. Teraz albo nigdy.
Dziewczyna, chyląc się nisko, przypełzła szybko do zwłok żołnierzyka i ostrożnie wyjęła miecz z pochwy. No, nareszcie jakaś godna jej cudnej osoby broń - niech ci durni strażnicy miejscy zatrzymają sobie jej stary mieczyk, ten tutaj był o wiele lepszy!
Nie tracąc czasu, krasnoludka zaatakowała tego z kuszą, przebijając jego korpus na wskroś jednym, szybkim pchnięciem. Bandyta zacharczał cicho, a z jego ust popłynęły strużki krwi. Drugi, ten z mieczem, najwyraźniej zorientował się, że odgłosy jego kolegi nie należały do zbyt naturalnych i natychmiast się odwrócił, szybko przetrawił sytuację, po czym zaatakował. Dagna wycofała się w paru susach, zaskoczona nagłym i zdecydowanym atakiem, po czym uniosła miecz. Ostrza zderzyły się, brzęcząc głośno. Dokładając wszelkich sił, dziewczę odtrąciło atak, jednak zbój nie tracił swej energii, uderzając coraz zacieklej. Sytuacja zdecydowanie wymykała się spod kontroli, a Dagna z trudem odpierała coraz to szybsze uderzenia. Cofała się coraz bardziej i bardziej - nie spodziewała się, że człowiek lasu będzie t a k dobry w walce. Nie miała szans - zginie źle albo gorzej. Zupełnie nagle więc obróciła się i wzięła nogi za pas, dysząc szybko. Prosiak rzucił się w pogoń, wywrzaskując przekleństwa, których nie powstydziłby się szewc. Zauważywszy leżący na ziemi spory kamień, Dagna w biegu schyliła się, by go chwycić, po czym rzuciła nim prosto w prześladowcę. Zatrzymała się gwałtownie, gdy zauważyła, że desperacka próba uratowania sobie tyłka niespodziewanie się powiodła - usłyszała tylko krótki wrzask, a ujrzała skroń mężczyzny, opływającą krwią. Zacisnęła wargi w geście obrzydzenia, ale w końcu opuściła miecz, gdy wróg padł na ziemię.
- Dlaczego, psiakrew, nie ustrzeliłeś go z kuszy? - zawołała ze wściekłością, szybkim krokiem wracając do schowanego w karecie szlachcica - Ten sukinsyn mógł mnie z a b i ć!
- O, pani, dziękuję za uratowanie mego majątku i życia. - wybąkał niechudy arystokrata, zabawnie wydąwszy swe pełne usta, ewidentnie ignorując nie najładniejszy zasób słownictwa swej wybawczyni.
- Mam nadzieję na jakąś ładną podziękę. - zasugerowała Dagna potulnie, zupełnie nagle gubiąc swą wcześniejszą wściekłość - Prawdę mówiąc, nogi mnie już bolą od chodzenia. I nie jadłam od dni! I nie mam pieniędzy. I czystych, dobrych jakościowo ubrań. I...
- Dobrze, dobrze. - przerwał pulchny mężczyzna, zajmując się zdrapywaniem zaschniętego błota ze swej nienagannie czyściutkiej koszuli - Pozwól, panienko...
- ... Priscilla. Priscilla Kenway, gwoli ścisłości. - uśmiechnęła się cieplutko, może ciut zbyt sztucznie, i skłoniła się lekko - Sierotą jestem, panie. Domu nie mam, żebractwem się zajmuję. To zaszczyt, że mogłam waszą miłość ocalić od niechybnej śmierci. - uniosła głowę i westchnęła dramatycznie.
- Żadna ze mnie wasza miłość. - zaśmiał się szlachcic, nieco udobruchany - Chodź, droga Priscillo, a ugoszczę cię w mym mieszkaniu z wszelką radością.
O tak, ratowanie tłustych tyłków może być spokojnie jej nową pracą. Z pewnością zarobiła dość sporo, a i sir Ameridan chyba nawet nie zauważył, że przywłaszczyła sobie mieczyk jego trochę jakby martwego strażnika. Zupełnie już rozpogodzony, uczynił Dagnę swym honorowym gościem i zaprosił na swą skromną ucztę. Na sam koniec podarował jej sakiewkę złotych monet, jednego ze zbytecznych kuców i szykowne, ładne wdzianko. Priscilla podziękowała grzecznie, nie przestając się kłaniać i szczerzyć. Miała wrażenie, że całe te uprzejmości ze strony lorda były spowodowane jedynie obawą przed tym, że młoda zbije i jego na kwaśne jabłko.
Wyruszając z cudnego dworku na swym nowym siwym kucu, Dagna czuła się bogatsza niźli sam monarcha. Pomyślała, że życie jest piękne, gdy tak jechała obok rzędu drzew o rozłożystych koronach, wdychając świeże powietrze. Przez myśl jej nawet przebiegło opuszczenie tych niedobrych Sójek i zaczęcie kariery jako wędrowna minstrelka, znana na cały świat, jednak - na tamtą chwilę - z bólem serca odrzuciła te plany.
Pierwszym krokiem do uczczenia swego sukcesu było, rzecz jasna, odwiedzenie karczmy. Uwiązawszy siwka do drewnianego płotka przy poidle, krasnoludka wkroczyła do środka dumnym krokiem. Otrzepała z kurzu swą jedwabną koszulę, poprawiła zdobną, srebrną klamrę, po czym usiadła pokracznie na stołku, zamawiając wino. Rozejrzała się wokoło od niechcenia, by zobaczyć ostatnią osobę, jaką chciała spotkać w tym momencie.
- Eeee... hej, Ethan? - wymamrotała, lecz zaraz odzyskała wigor. Mężczyzna również ją spostrzegł i widząc, że dziewczyna się do niego zwróciła, usiadł obok - Jakże miło tu ciebie spotkać. - zaśmiała się nieco nerwowo - Dzięki za... wiesz, uratowanie życia. Czy coś. Cel uświęca środki, także pominę już twe sposoby na pomoc mej osobie. W każdym razie wielce dziękuję. - odzyskała więcej naturalności, opierając się o blat prawym łokciem - Rozumiem, że nie pogardzisz zapłatą? - dodała, maskując zrezygnowanie, wiedząc również, że to pytanie prędzej czy później będzie zadane - Akurat tak się przytrafiło, że mam trochę grosza.


CHCIELIŚCIE HANDEL, NO TO GO MACIE!

Mówią, że opłaca się w coś wierzyć. Czy w Boga, czy w los, czy w przeznaczenie, w cokolwiek. Ale ja jakoś tak opierałem się temu wszystkiemu, od zawsze od dziecka. Nawet wtedy brakowało mi wiary, że cała akcja się uda. Więc jak miałem wierzyć w coś większego? Ale będą jaja, jak się okaże, że Bóg naprawdę istnieje- powiedział mi kiedyś starszy pan, którego widywałem każdego dnia, o tej samej porze, spacerującego po parku z gazetą pod pachą i nienagannym melonikiem na głowie. Szedł powoli, z gracją starego człowieka i patrzył na świat, który był dla niego tak inny od tego, który znał. I nie chodziło już o technologię czy politykę, chodziło o ludzi.
To ludzie zmienili się nie do poznania. Nastały inne czasy, bardziej bezpośrednie, brutalne i „rozwydrzone” - zwykł mawiać. Wieczorem, gdy miałem wolny czas, zaglądałem do malutkiego sklepiku wciśniętego pomiędzy lombard miejscowego gangu a pralnię Koreańczyków; do magicznego miejsca, gdzie królowały książki, herbata i mapy. Przybite do ścian, jedne były zwyczajne, takie jakie znałem ze szkoły; inne przedstawiały ziemie, o których nigdy nie słyszałem. Dziwne lądy, krainy i kształty, które zwracały uwagę i drażniły oko. Nieznane lądy, niezbadane. 
I nieistniejące.
Gdy zapytałem go o te mapy, zaśmiał się, pochylony nad książką i posłał mi tajemnicze spojrzenie. Nie raczył nawet odpowiedzieć półsłówkiem, nie raczył dać mi wskazówki. Więc nie pytałem, bo to i tak byłoby bezcelowe. Stary był uparty jak osioł - gdy czegoś nie chciał powiedzieć, to było pewne, że zabierze to ze sobą do grobu. A gdy to się stało, nie było już nikogo, kto mógłby mi wyjaśnić tajemnicę map staruszka, które udało mi się kupić za pół ceny. Dzień przed jego odejściem, jakby były mi przeznaczone.
Teraz patrzyłem na najprawdziwszą kopię takiej samej mapy, jaka wisiała nad moim biurkiem w Londynie, śmiejąc się i wodząc palcem po znanych miejscach, które miałem okazję odwiedzić. Avia, Castellia, Veriana… Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć, może w jakiejś kompanii? Może przyczepić się do jakichś handlarzy, takich, co jeszcze nie słyszeli o moich interesach z koronami… Jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie uciekać z kraju, bo pewnego razu poślą za mną takiego prawdziwego łowcę głów, który da sobie ze mną radę w tydzień. I co wtedy? Z lekka przerażonymi moimi własnymi rozmyślaniami, sięgnąłem po płaszcz, i wskoczyłem w buty… Po chwili namysłu odrzuciłem płaszcz na skrzynię. Cholera, lato się zaraz zacznie, a ja jeszcze targam wszędzie ze sobą ten płaszcz!
Ulice były jakby pełniejsze niż zwykle, ludzi się napatoczyło nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Bohria była opisywana w księgach jako spokojne i ciche miasto - a tu tylko tłumy, okrzyki i wszechobecny handel. Zupełnie jak w Iglicy, tyle, że tutaj było zdecydowanie czyściej i jaśniej, wreszcie Bohria to jasne miasto na półwyspie…
Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie… Chcieliście handel, no to go macie! - sparafrazowałem urywek z wiersza jakiegoś znanego polskiego poety, dostosowując go do sytuacji. Jak on się nazywał, ten skurczybyk? Nazwisko wyleciało mi z głowy…
Artefakt zajaśniał na mojej szyi, gdy wreszcie wbiłem się w rwącą rzekę ludzi, elfów, Maluków i krasnoludów. Teraz?! Ludzie, nie żartujcie sobie. Rozejrzałem się; wokół było wiele twarzy, młodych i starych, jasnych i ciemnych, pięknych i brzydkich. Starożytny artefakt nigdy się nie mylił, zawsze wykrywał każdego wędrowca. Znów obejrzałem się za siebie, wzrokiem przeczesałem ludzi bok, ale nikt nie zwracał mojej uwagi. Weteran podróży jakiś, czy co? Nagle pośród gawiedzi zapłonęły płomienne, ogniste włosy, czerwone jak krew. Instynkt niemo potwierdził; tak, to ona, idioto. Goń ją!
Nim zdążyłem nawet zrobić krok, czarodziejka zniknęła gdzieś w tłumie. Przecisnąłem się pomiędzy kobietami z Perseuum noszącym barwne stroje, których nazwa wyleciała mi z głowy; coś czerwonego mignęło mi kilka kroków przede mną, gdy całą ulicę zagrodził wóz, ledwo zatrzymany przez niekompetentnego woźnicę. Poddałem się, nie chciało mi się gonić po mieście za darmo. Tak czy siak, mam obowiązek zdać raport Victorowi, a do gildii jest po drodze.
Gdy wreszcie to zrobiłem, zgodnie z jego wskazówkami udałem się do karczmy, tej, w której ją często widywano. Ach ta szpiegowska siatka w wersji fantasy! Wpierw rozeznawszy się przez okno, czy nie siedzi tam jakiś stary kupiec, co byłbym mu korony winny, strzepałem niewidzialny kurz z ramion. Bezpiecznie - mruknąłem, wchodząc z rozmachem do środka. Dopiero teraz zauważyłem coś jeszcze. Zgadnijcie, kto też tam biesiadował. Ktoś, kto tym razem jest mi winny denary.
Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie… Chcieliście ratunek, no to go macie!

Autorstwa: Micasa | Ethan Carter
Postacie: Dagna Lavellan |  Ethan Carter
23 kwietnia - 9 czerwca A.D. 2017
Zakończenia brak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zima 1159 roku
Loravia

gdy haran mrozem przyłupi, na wiosnę wszycko yetuna słońcem odkupi

Zima dała się we znaki nawet na zachodzie. Wszystkie przełęcze i doliny prowadzące na Pogórze są już niedostępne. Zaraniec jest naszpikowany lodem, a większość statków na dobre została uwięziona w portach Tiglavve i Loravii. Wszystko wskazuje na to, że Haran prędko nie odpuści i do wiosny będzie trzymał loravską ziemię w garści.
W Arvice odbywa się coroczny zjazd mistrzów złotnictwa z całego świata. W mieście pojawili się między innymi Karhatos z Deiru, Rodrig von Warenhasse z Varantu i Timorei pochodząca z Wysp Tiriońskich. Podczas zjazdu odbędą się także targi klejnotów, surowców i wszelkich kosztowności, a całemu wydarzeniu towarzyszyć będzie także nieoficjalny zjazd szlachty z Zachodu. Prawdopodobnie rozmowy będą dotyczyć Króla Parvana i jego nieporadnych rządów, a także ataku na klasztor w Tirze.
Choć napięcie pomiędzy konserwatywnymi poplecznikami Sverskella Farskaaja a tryteistami Króla Parvana było do niedawna niewielkie, przybycie Ulricha Sterna późnym latem i atak na zakon w Tirze kilkanaście dni temu zmienił wszystko. Lud upomina się o reakcję króla, który jednakże jest zajęty goszczeniem u siebie posłannika z Avii. Niosą się plotki o buncie, którego wybuch jest już tylko kwestią czasu.

kontakt

Infrea | Infrea#5102 | whiteapple (h)
aedvaren@gmail.com

chętny/a na wątek
niezaintersowany/a

Wątki

Współpraca

Aktualizacje

Drodzy autorzy obserwujący AV: nasz blog w żadnym wypadku nie umiera. Obecnie pracuję mad sporymi zmianami, a czasu zaczyna brakować, by dodatkowo publikować jakieś dodatkowe treści. Więc zastój na blogu jeszcze chwilę potrwa. Stay tuned :)
© 2019 AED VAREN by Infrea | Grafiki oznaczone jako autorskie oraz zawarta treść należy do AED VAREN | Polityka prywatności