Info

Informacje


NIEOBECNOŚCI BRAK
Mamy 490 rok Drugiego Milenium (1.490). Jesień rozległa się nad Aryntią, a ciepło jest tylko wspomnieniem minionego lata. Powiew z północy niesie smak chłodu i zimy, która nas czeka. Jeszcze przez dwa miesiące największy oddział Straży Pokoju będzie stacjonował w międzyświatach Gór Poszumistych.
Spis - grafik i poradników
Instrukcja, jak wstawić opowiadanie?
Wyzwania 2017
Recenzje Tiglavve
Złote myśli naszych autorów
Korektor pisowni LanguageTool
Nasz pokój do losowań
Na poprawę nastroju :)
Administracja
Infrea - whiteapple (H) | aedvaren@gmail.com
Ethan - ethan.mckot@gmail.com

Autorzy:
Infrea | Ethan | Farrel | Lucie

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Zamknij

niedziela, 31 grudnia 2017

Cykle: Nie ma lekarstwa na pioruny





PÓŹNIEJ CZUŁAM TYLKO RADOŚĆ. A WIDZIAŁAM CIEMNOŚĆ

Jak zwykle, po kilku wykonanych zleceniach powróciłam do domu. Kilka portretów, kilka zdjęć natury, które wrzucę na deviantarta po obróbce, jeśli będzie konieczna. Wzdychając rozwiązałam spięte gumką włosy. Czułam zmęczenie, ale i zadowolenie na tyle, że mogłabym zrobić jeszcze więcej zdjęć. Machnęłam kilka razy rękami by „strzepnąć” spięcie.

Zawiesiłam klucz do domu na haczyku, na którym mam zwyczaj go wieszać. Wtedy dostrzegłam błysk. Moja głowa natychmiast skierowała się w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się srebrny, intrygujący klucz o dziwnym kształcie. Przy pierwszym spojrzeniu wydawało mi się, że na główce płyną wszystkie rzeki świata, układające się w symetryczną całość. Przy drugim spojrzeniu uznałam, że to jest coś co muszę sfotografować. Wzięłam aparat i zrobiłam próbne zdjęcie, by sprawdzić, czy urządzenie ma odpowiednie ustawienia. Gdy wszystko już do siebie dopasowałam, postanowiłam zabrać się do roboty, nie myśląc nawet, skąd wziął się tu ten klucz. Zrobiłam zdjęcie, jednak nie odpowiadała mi sceneria innych, mniej dostojnych kluczy. Sięgnęłam po ten interesujący przedmiot.
Usłyszałam krzyk. Poczułam się tak, jakby ktoś poraził mnie prądem. Jakby cała energia krążyła w moim ciele. Później widziałam tylko błyski, nasilające się co kilka sekund. Później nastało zimno. Dotarł do mnie mój własny, zmęczony i nierówny oddech, przerywany co kilka sekund jękami bólu. Ostatnią rzeczą, którą zanotowałam, było to, że znajduję się na wzgórzu, z którego miarowo odchodzi deszcz. Później czułam tylko radość. A widziałam ciemność.

„Yrenn… Tak masz na imię” — usłyszałam.
— Pani Yrenn! — Głos dzieciaka wyrwał mnie ze snu. Leżałam na materacu, przykryta kującą kołdrą. Rozglądając się ujrzałam, że jestem w drewnianej chacie, z kilkoma dziurami w ścianie i na dachu. Zauważyłam stół z czterema krzesłami. Na dwóch z nich siedziało młode małżeństwo, jak udało mi się wywnioskować, a z trzeciego podnosił się mały chłopiec, na oko dziesięcioletni, o czarnych włosach i pogodnej minie.
— Pani Yrenn! Jak dobrze, że pani wstała! Muszę pani bardzo podziękować… Nie! Wszyscy musimy pani podziękować! — W tym momencie podekscytowany chłopak przestał swój wywód. Usłyszałam skrzypienie drzwi, a do pokoju weszła starsza kobieta o wielu zmarszczkach i siwych włosach. Ubrana była w luźną, prawie białą suknię. Mimo tego, sprawiała wrażenie miłej osoby — głównie ze względu na jej szczery uśmiech.
— Eric… Jasna Pani potrzebuje jeszcze odpoczynku. Dopiero wstała po użyciu potężnego zaklęcia. Nie można jej teraz zamęczać twoimi opowieściami. — Chłopak posmutniał, a kobieta podeszła do mnie. — Vyrenne, magini uzdrawiania. Użyłaś czaru, by przepędzić burzę z naszej wioski. Pamiętasz to?
Dzięki jej słowom ujrzałam scenerię. Mimo że nie opisała tego zdarzenia, widziałam w głowie, jak wyciągam spiętą dłoń w stronę chmur i zaciskam pięść. Następnie przypomniały mi się podobne sytuacje — wszystkie wioski, które uratowałam przed suszą, burzą, wichurą. Wszystkie statki, którymi żeglowałam.
— Oczywiście. — powiedziałam tonem nadzwyczaj pewnym siebie, co mnie dość zdziwiło. — Rozumiem, że nie muszę się przedstawiać. Bardzo dziękuję za pomoc. Jeśli byłoby państwo tak mili, i zapewnili mi jeszcze kilka dni noclegu? — Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że już to robiłam, że robię dobrze. Z jakiegoś powodu nie panikowałam, mimo znalezienia się w zupełnie nowej, nieznanej sytuacji. W miejscu, które aż pachnie starością i niezbyt wysokim poziomem rozwoju.
— Oczywiście! — Krzyknął Eric, zanim jego rodzice zareagowali. Na szczęście państwo pokiwali głowami, a uzdrowicielka się uśmiechnęła.

To był początek mojej przygody. Wędrowałam po wielu krainach bez większego celu, raz rozmyślając o powrocie do domu, raz o byciu bohaterką w tym nieznanym mi jeszcze świecie. Cokolwiek to było. Pozbawienie mnie aparatu z jakiegoś powodu aż tak mnie nie zabolało, mimo że tutaj było tyle pięknych miejsc. Odjechałam na koniu, którego imię jakoś znałam, nucąc coraz bardziej zanikającą w mojej głowie pieśni z „prawdziwego świata”.
Jeśli jeszcze istnieje coś takiego, jak prawda.



DESZCZ, PIORUNY I ZIMNO

Deszcz. Deszcz, deszcz i deszcz! Jakby na świecie nie mogło być nic innego! Deszcz, jasna cholera — pomyślała Tajga, przeskakując nad kałużami i małymi strumykami, narodzonymi przez ulewę. Padało już piąty dzień, dokładnie odkąd grupa przekroczyła granicę Tiglavve. Piąty dzień marzli i przemakali na wskroś, żeby dotrzeć do Starowierchu. Zamiast szybkiej podróży do miasta, powoli brnęli przez zabłocone tiglavvskie drogi i zatrzymywali się w nielicznych gospodach, grzejąc przy piwie. Ja wiem, że moje uczucie do tego słowiańskiego kraju zostało właśnie należycie odwzajemnione. Nienawidzę Tiglavve razem z jego zasraną pogodą i tiglavvczykami. Ale jeszcze tylko kilka tygodni i wyjadę do Svatopola — warknęła do siebie Niemka, wyskakując z niezauważonej przedtem kałuży. Zimna woda dostała się do niewygodnego buta, drażniąc ciepłą stopę. Kobieta miała nadzieję, że w Tiglavve nie będzie zmuszona pozostać dłużej, niż trzeba.

Deszcz bił we wszystko, dziurawiąc podmokłe drogi i przenikając przez nawoskowane płaszcze. Od dawna ludzie nie widzieli tak intensywnej i długiej ulewy, która dała się we znaki dosłownie wszystkim. Rzeki wezbrały jak na zawołanie, kapłani nie wiedzieli, czy błagać o przebaczenie Peruna, Aumira czy Jeremira. Modlić się o słońce czy przegnanie chmur? Inni oskarżali Janę o deszcze, twierdząc, że bogini przechodzi jeszcze przebudzenie po Wierzbicy, a ludzie ją zdenerwowali przez zimę.

Tak czy siak, Tajga miała całe te przesądy gdzieś. Jeśli bogowie nawet istnieją, to mają nas wszystkich w dupie — podsumowała ostatnio.
Bez względu, czy błagałaby kozę, czy swój but, deszcz padałby i padał. Obserwując pusty trakt prowadzący na wschód do Starowierchu, grupa najemników chciała już tylko dotrzeć do pierwszej lepszej gospody przydrożnej, żeby osuszyć buty i płaszcze; zjeść coś i się ogrzać. Ale wybrali inną, okrężną drogę, tak dla pewności, że nie zastaną teraz nikogo niepożądanego.
Przedzierali się przez ciężki deszcz, otoczeni iglastym lasem, którego nazwy nie znali. Drzewa zdawały się ożywać, ich barwy nabierały na jaskrawości, a z gałęzi kapały zimne krople. Niebo ciemniało — bądź co bądź, nadchodził już wieczór. Dwa razy musieli zmienić pierwotny kierunek, bo jakaś kapryśna rzeka powaliła jedyny most w okolicy; za drugim razem chcieli ominąć grupę obcych z Perseuum tak jak oni przedzierających się przez ulewę leśną drogą.

Aż wreszcie tuż przed zapadnięciem zmroku deszcz nagle ustał. Wieczorna mgła szybko rozproszyła się pomiędzy drzewami, lecz grupa opuszczała już leśną drogę, by wrócić na trakt do Starowierchu. 
Nikt z najemników nie spodziewał się zobaczyć w gospodzie dwóch opasłych możnych ze swoimi ludźmi, którzy przekrzykiwali się i rzucali obelgami. Sądząc po kuflach leżących na ziemi i rozlanym piwie, kłótnia trwała już jakiś czas. Rudowłosy grubas w zielonym kubraku zaciskał pięść przed brodatym ziemianinem. Stojący wokół chłopi tylko powtarzali słowa rzucane przez swoich panów i pluli na siebie wzajemnie. Za chwilę spokojna karczma na uboczu miała zmienić się w miejsce sporu sąsiednich wiosek. Tajga porozumiewawczo kiwnęła głową na gospodarza próbującego uspokoić obie strony. Prócz tych paru brudnych chłopów gotowych rzucić się na siebie, pośrodku stała też osoba wyjątkowa, która nie pasowała do motłochu, usiłująca zażegnać konflikt.

Tajga szybko zmierzyła wzrokiem kobietę, która niezaprzeczalnie była czarodziejką. Przez chwilę podziwiała jej urodę, ale szybko przypomniała sobie, co miała zrobić. I nie musiała się długo zastanawiać nad tożsamością kobiety o czerwonych oczach i jasnych włosach z ciemnymi pasemkami, przypominającymi pioruny. Choć na świecie było wiele czarodziejek specjalizujących się we władaniu piorunami, ta była znana jej aż za dobrze. Jasna Pani, boski Piorun Tiglavve —mruknęła do siebie. Przeklęta czarodziejka.

Gdy w Tajdze budziła się nienawiść, możni wzięli się za mordy — dosłownie mówiąc — i poczęli się tłuc na pięści, dodając do tego kawałki strzaskanej właśnie ławy i niegroźne laski. Lider najemników już porozumiał się z gospodarzem i wydał niemy rozkaz reszcie. Tajga zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, ale nie wyjęła broni. Prawo świętym na obcej ziemi — powtórzyła sobie w myślach, ruszając, by obezwładnić pierwszego chłopa, który kopał leżącego na ziemi wrogiego zwolennika rudego grubasa. Widocznie nie chodziło tylko o krowę albo o miedzę, pomyślała.
Nie minęła chwila, a najemnicy rozdzielili pospólstwo, a chłopów powstrzymali przed dalszym dewastowaniem karczmy. Wreszcie Tajga zabrała głos:
— Głupcy! Nie znacie tiglavvskiego prawa? Zakazane jest rozsądzać spory w przydrożnych karczmach! — warknęła do starego wieśniaka, który właśnie zamierzał napluć jej w twarz. Przez chwilę chciała powiedzieć coś jeszcze, ale głos utkwił jej w gardle, gdy usłyszała grom, uderzający gdzieś nieopodal.

Lider zauważył jej reakcję i dokończył za nią. Tajga nie słyszała już jego słów, wpatrzona w czarodziejkę stojącą z boku. Czy piorun był wywołany przez nią? Zamknęła się przed dźwiękami; widziała tylko brodatego pana grożącemu liderowi, gdy ten siłą wyrzucił go na zewnątrz. Widziała ulgę gospodarza, zdziwienie czarodziejki. Stała w miejscu jak słup soli a czas mijał, grupa zasiadła do ocalałego cudem stołu. Odpuściła. Wróciła do rzeczywistości. Dosiadła się, łyknęła piwa i ugryzła kilka kawałków żylastego mięsa przyprawionego ziołami z Veriany.
Gdy zjedli posiłek, lider rozkazał jej wymusić zapłatę za rozgromienie chłopów. Tajga posłusznie podeszła do gospodarza, który nie spodziewał się nieugiętej woli najemniczki. Rozmowa toczyła się szybko, pełna warknięć i gróźb ze strony kobiety. Gdy ustępliwy mężczyzna już podał jej odpowiednią kwotę, do całego zajścia wtrąciła się czarodziejka.
— Nie możecie wymagać od tego człowieka zapłaty za coś, czego nie żądał — powiedziała twardo, wkraczając pomiędzy Tajgę a gospodarza, który odsunął się w tył. Krew w żyłach Tajgi zawrzała natychmiast, bo nienawidziła ona czarodziejek i czarodziei, a źródło tej nienawiści było nieskończone, miało korzenie w przeszłości.



POD BRĄZOWYM BYKIEM

Mimo niezliczonych podróży po Tiglavve, środkowe części kraju nie były mi dobrze znane. Nie spodziewałam się więc, że moje imię było wymawiane nawet tutaj — nie jestem tak rozpoznawalna w tych okolicach, jak na zachodzie, ale najwyższy czas to zmienić. Miasto zaczynało mieć problem z ulewą — niedługo rośliny przestaną rosnąć, ale zanim to się stanie, cały Starowierch pozna moje imię. Najpierw muszę jednak dojechać do środka burzy — podczas jazdy powstrzymywałam deszcz, jednak nic to nie da, jeśli nie wchłonę ulewy w jej zarodku, który wydawał się być blisko Miasta Królów. Na szczęście z każdą chwilą zbliżałam się do celu — ja nie mam problemu z deszczem, nawet lubię gdy zimne, ciężkie krople dotykają mojej odsłoniętej skóry, jednak La Tempa, moja klacz, wydawała się już być zmęczona tą sytuacją. Nic dziwnego, należy się jej odpoczynek po tak długiej podróży.

Czując, że wciąż zbliżamy się do celu, zaczęłam szukać jakiejkolwiek gospody. Już niedługo będę mogła wchłonąć burzę, jednak mój wysiłek mógłby pójść na marne, gdyby nikt nie zobaczył mnie podczas poskramiania żywiołu. Wtedy zauważyłam ledwo widoczny dom. Siekający powietrze deszcz skutecznie zasłaniał widoczność, jednak podchodząc bliżej, ucieszyłam się, gdy budynek okazał być się zajazdem. Była to drewniana, niewysoka gospoda, która swoje czasy świetności miała już za sobą, każdy mógłby zobaczyć, że budowla była przekrzywiona na prawą stronę, przez co wyglądała, jakby miała upaść na przybudówkę, która okazała się być stajnią. Przy wejściu zauważyłam zniszczoną tabliczkę z nazwą — "Pod Brązowym Bykiem".

Od razu skierowałam się do masztolu. Zeszłam z grzbietu klaczy, by przywiązać Tempę do drewnianej belki. Zdjęłam rozsiodłałam ją, dałam jej marchew i paszę, a następnie pogłaskałam klacz po mokrym grzbiecie. Wyszłam ze stajni, by otworzyć drzwi do gospody.
Moim oczom ukazała się dość liczna grupa ludzi, jednak cała moja uwaga została skierowana na dwójkę prawdopodobnie arystokratów, pomiędzy którymi panowała dość napięta atmosfera. Część ludności już się szykowała na burdę, część wyraźnie chciała uniknąć zamieszania, kierując się do swoich pokoi. Patrząc się na skłóconych przez chwilę przysłuchiwałam się ich rozmowie, by zrozumieć sytuację. Czekając na odpowiedni moment, by włączyć się do dyskusji, udało mi się dowiedzieć, że rudy możny obwiniał brodatego szlachcica o kradzież jego dóbr, a na dodatek sądził, że to właśnie do niego uciekła jego córka. Do wszystkiego dołożył się dość duży dług do spłacenia. Pewnie jeszcze kilka kufli piwa miało znaczenie w tej sprawie.

— I jeszcze ta burza! — wykrzyknął rozwścieczony rudzielec. — Jestem pewien, że masz coś z tym wspólnego! Gadaj, czym zawiniłeś u Peruna, że tak pokarało cały Starowierch?
— Ulewa rzeczywiście nie wygląda zachęcająco. — Powiedziałam to na tyle głośno, by każdy w gospodzie mnie usłyszał. Poczułam, że spojrzenia obecnych skierowały się w moją stronę. — Jednak ja, Jasna Pani Yrenn; Boski Piorun Tiglavve, mogę ją przegonić.
— Hę? I jak taka młoda panienka ma zamiar to zrobić? — wykrzyknął jeden z poddanych brodatego szlachcica. Część zebranych zaczęła coś krzyczeć.
— Jestem Piorunem Tiglavve! — wykrzyknęłam. — Jestem magiem! A jeśli mi nie wierzycie, to patrzcie!
I wyszłam, słysząc, że niektórzy nawet wstali, by lepiej mi się przyjrzeć. Znowu poczułam krople deszczu, chłód i dmący wiatr, jednak tym razem przygotowywałam się do wykorzystania magii. Przez jakiś czas szłam, by karczma znalazła się w bezpiecznej odległości, jednak nie na tyle dużej, by obserwatorzy stracili mnie z oczu. Wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy, uniosłam rękę do góry.
Najpierw pioruny. Starałam się uchwycić ich energię, łapiąc je moją magią. Zostałam zalana potęgą żywiołu, zrobiło mi się gorąco, jednak nie poddawałam się. W końcu naszło mnie uczucie szczęścia, które zawsze czuję, gdy jestem w pełni skupienia. Złączyłam się z mocą Peruna, by stać się jednością z piorunami. Zmusiłam je do posłuszeństwa i zebrałam moc do ręki. Przez chwilę poczułam, że mam nadmiar energii, więc starałam się ją ustabilizować.

Potem nadeszła kolej na deszcz. Używając siły, zebranej z piorunów, postanowiłam rozproszyć wodę po jak największej powierzchni. Rozciągnęłam palce u rąk, które szybko zaczęły mnie boleć z powodu napięcia. Moja moc poszybowała w górę, do chmur, starając się je rozwiać. Przekazałam w tym celu jak najwięcej energii. Stworzyłam wiele białych obłoków, z których nieprędko zacznie padać i lekką, równomierną mgłę.

Mimo że wiedziałam, że odpędzenie wichury w tym momencie byłoby niewygodne, bo nie mam wystarczająco mocy na ten moment, opuściłam rękę, równając się z rytmem wiatru. Kołysząc się lekko, zaczęłam spowalniać podmuch. Nie trwało to długo, bo nie chciałam nadwyrężać swojej mocy. Zrównałam oddech, uspokoiłam bicie serca i spokojnie odwróciłam się, wracając powoli do karczmy. Popatrzyłam się na zdziwionych ludzi, którzy szeptali moje imię. Tak będzie dobrze, zaczną rozpowiadać o mnie historie.

Gospodarz szybko zaproponował mi darmowe lokum i zgodził się na pobyt La Tempy w stajni. Powiedział, że to wyraz wdzięczności za przegonienie tej „paskudnej pogody”. Zostawiłam swoje rzeczy w pokoju, zaopiekowałam się jeszcze klaczą, jednak gdy znowu weszłam do pomieszczenia, dwaj możni kontynuowali swój spór. Naszła mnie fala wściekłości, zaczęłam mówić do nich, zdenerwowana, jednak wtedy drzwi się otworzyły, a do zajazdu weszła kolejna grupa ludzi. Chwila mojej nieuwagi, a obie strony wszczęły burdę. W zamieszaniu dostrzegłam, że grupa, która przed chwilą weszła, starała się rozdzielić bijących się ludzi. Tymczasem mój gniew sięgał zenitu.

— Głupki! Nie znacie tiglavvskiego prawa? Zakazane jest rozsądzać spory w przydrożnych karczmach! — Usłyszałam zdecydowany głos kobiety. Popatrzyłam się przez chwilę na brązowowłosą najemniczkę, która ośmieliła się zabrać uwagę, która powinna być skierowana na mnie. Chwila braku kontroli i cała moja złość dała upust w jednym grzmocie na zewnątrz. Ale przynajmniej się uspokoiłam. Zniechęcona zaczęłam uspokajać skłóconych, gdy jeden z najemników, prawdopodobnie lider, wyrzucił gromadę na zewnątrz.

Usiadłam samotnie przy jednym ze stołów, starając się całkowicie. Po kilku minutach usłyszałam tę samą kobietę, która mnie zdenerwowała. Teraz groziła karczmarzowi, żądając zapłaty za zażegnanie sporu. Wściekłość znowu nadeszła.
— Nie możecie wymagać od tego człowieka zapłaty za coś, czego nie żądał. — Powiedziałam, stając obok najemniczki i gospodarza. Dziewczyna pokazała grymas złości na twarzy, a zanim zdążyła odpowiedzieć, ja kontynuowałam:
— To, co zrobiliście nie było trudnym zadaniem. Przede wszystkim jednak, nikt was o to nie prosił. Nie zrobiliście nic, co mogłoby być wynagrodzone pieniędzmi. — Wzięłam oddech i uniosłam głowę, by pokazać moją wyższość nad kobietą. — Oddaj mu pieniądze, które bezczelnie zabrałaś groźbami.
Zauważyłam na twarzy gospodarza nadzieję i wyraz wdzięczności. Natomiast kobieta była zdenerwowana.



DWA ŚWISTKI

Tajga drugi raz tego dnia zacisnęła dłoń na rękojeści wysłużonego miecza i drugi raz powtórzyła, że prawo świętym na obcej ziemi. Tysiące myśli skłaniało do wykonania szybkiego ruchu ręką, błyskawicznego pociągnięcia w górę, zaprezentowania swojej siły. Tylko machnąć, żeby świst usłyszeli wszyscy, lecz nikt nie zobaczył ostrza. Ale znowu się powstrzymała, bo kolejne tysiąc myśli mówiło „nie”. Była już na to za stara. Za dorosła, żeby popisywać się przed młodą czarodziejką. A może to grom na dworze podpowiedział, co było właściwe?

Wreszcie odpuściła, rzucając sakiewką w gospodarza i zamaszyście się odwracając, zgrabnie podeszła do lidera. Przez chwilę jej pewność siebie jakby zniknęła, ale Tajga szybko wzięła się pod boki (wreszcie była prawdziwą Niemką!) i z grymasem na twarzy oznajmiła liderowi, że chce kontynuować podróż. Sprytnie wymówiła się na to, że czas goni, a kontrakt był podpisany wraz ze zwrotem pieniędzy, gdyby najemnicy zawiedli. I prawie się jej udało. Prawie. Bo lider nie zamierzał w żaden sposób iść na ustępstwa, nawet jej. A Tajga już dawno temu zapomniała, czym jest cierpliwość.

Przeklęła głośno i soczyście, zamykając drzwi z impetem. Niestarannie oprawione szyby zabrzęczały, kurz uniósł się z podłogi, pająk ze świecami zakołysał się na boki, krople wosku uderzył o podłogę. Wszyscy pozostali w środku, patrząc przez okna, jak teatralnie zeskakuje ze schodków, pluje ze siebie i nakrywa twarz płaszczem. Widocznie podjęła decyzję natychmiast i ostatecznie. Nikt z najemników nie spodziewał się po niej takiego wybuchu złości ani tego, że nie kłamała, gdy powiedziała, że odchodzi z grupy. Wreszcie była jedną z niewielu kobiet, które naprawdę kochały swoją pracę a ponadto, były tak dobrze wprawione w walce. Nawet lider wstrzymał na chwilę oddech. Stracił właśnie najcenniejszego członka grupy i szansę na jaki taki zarobek w Tiglavve. Pojawienie się Tajgi było dla nich przebłyskiem szczęścia. No właśnie, tylko przebłyskiem.

Niemka niespodziewanie głośno zaśmiała się pod nosem i szczelniej zawinęła w miękki płaszcz. Do Starowierchu jest szmat drogi, ale skoro czarodziejka już przepędziła deszcz, co mnie powstrzymuje przed nocną wycieczką? - zapytała samą siebie. I istotnie, żadne zbóje, żadne potwory czy wody nie miały stanąć jej na przeszkodzie, a coś o wiele bardziej prozaicznego, czego nikt w tych stronach by się nie spodziewał.

Przez te kilka dni, które spędziła w drodze, najemniczka nauczyła się czegoś nowego. Że noce w Tiglavve są zimniejsze niż w Verianie, a wiatr bardziej porywisty i mroźny. Lekcja była surowa, ale przydatna. Szkoda, że musiała się o tym przekonać na własnej skórze. Tak czy siak, Tajga aż za dobrze wiedziała, co powinna zrobić i robiła to, co, podpowiadał jej rozum, a właściwie — doświadczenie. Przeróżne artefakty, które miały zapewnić komfort na miarę XXI w., a było ich pełno, przypominały gadżety z tamtego świata, nawet je przewyższały. Jedyny kłopot stanowiła cena. Tkaniny przesiąknięte magią, zapewniające ciepło podczas najmroźniejszych zim, kosztowały krocie; kamień, który palił się magicznym ogniem, a zarazem ogrzewał i nie parzył skóry, kupcy cenili jak najlepsze konie- to były przykłady tego, co udało się jej znaleźć w Avii. Znaleźć, kupić i co najważniejsze — zabrać ze sobą. Bo w tych czasach najważniejsze jest przetrwać, bez względu na cenę. Tajga już dawno nie kierowała się tym, co podpowiadałoby serce czy sumienie. Kto wie, czy posiadała jeszcze któreś z nich. Te kilkanaście lat spędzone w Astrum sprawiły, że stała się jeszcze silniejsza, jeszcze twardsza i obojętna na wszystko wokół. Widziała zło i widziała dobro, ale żadne z nich nie wywołało u niej najmniejszej reakcji.

Podróż piechotą nie należała do najszybszych, ale odpowiednie tempo i doświadczenie pozwalały pokonywać wprawionym osobom spore odległości w umiarkowanym czasie. Szła pięć dni, szóstego dnia miała dotrzeć do miasta. Właśnie, szło się jej jak po maśle — grupa nie włóczyła się za nią w tyle, czarodziejka widocznie wybrała się w inną stronę niż Starowierch… Ach, droga pusta, pogoda jak marzenie… - zauważyła Niemka, patrząc przed siebie z nadzieją, że już I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie… niespodziewana kontrola na trakcie prowadzącym do Starowierchu.

A najśmieszniejsze było to, że strażnicy zatrzymali już kilka osób dobrze znanych Tajdze, w tym pewną jasnowłosą czarodziejkę… Czyżby Panna Elektryczność nie miała ze sobą odpowiednich papierów? Niemka mimowolnie poklepała dwa świstki, dzięki którym dwie osoby mogły przejść przez każdą bramkę tiglavvskiego patrolu szybciej, niż jaskółka śmiga po niebie… Cóż, jeśli ładnie poprosi, czemu nie — uznała Tajga.



UPOKORZENIE

Kiedy kobieta wyszła z karczmy, w pomieszczeniu zapanowała cisza. Chyba dość mocno ją rozgniewałam, sądząc po tym, że powoli zaciskała już rękę na swojej broni. Gdyby ją wyciągnęła, mogłabym mieć mały problem, jednak w tym momencie czułam satysfakcję z wygranej potyczki, chociaż wojowniczka praktycznie nie stawiała oporu. Gdy zaczęłam się zastanawiać, czy poczuła się prze ze mnie upokorzona, ktoś z grupy najemników głośno zaczął wyrażać swoją złość na nieznaną mi kobietę. Usłyszałam podziękowanie ze strony gospodarza. Uśmiechnęłam się do niego, a następnie popatrzyłam za okno. Było już zupełnie ciemno.

Skierowałam się do swojego pokoju na tę noc, który był na wyższym piętrze. Pomieszczenie nie było duże, nie wyglądało też na zadbane, jednak zadowalało mnie. Zeszłam ze schodów i skierowałam się do stajni, gdzie zostawiłam La Tempę. Ostatni raz na dzisiaj zajęłam się nią. Klacz była lekko poddenerwowana, jednak szybko udało mi się ją uspokoić. Musiała być gotowa na jutrzejszą podróż. Ja również powinnam odpocząć; dużo razy dzisiaj używałam magii i muszę ją zregenerować, więc po padnięciu na niezbyt wygodne łóżko i tak zasnęłam.

Obudzona razem ze świtem nie zwlekałam zbyt wiele czasu z wyruszeniem w drogę. Podróż trwała dłużej niż się spodziewałam, i mimo że Tempa miała już dogodniejsze warunki do jazdy, dla mnie była ona już trochę bardziej męcząca — przyzwyczaiłam się już do deszczu i chłodniejszej temperatury. Jechałam prosto do Starowierchu, rozsławianie mojego imienia nie może czekać. W międzyczasie śpiewałam różne tiglavvskie pieśni. W pewnym momencie, gdy zapominałam jakiegoś słowa, lub melodia wychodziła poza moją skalę głosu, klęłam głośno ze zdenerwowania, co zdarzało się coraz częściej. Przyczyniło się to do spadku mojego samopoczucia, jednak złe myśli odeszły, gdy po paru dniach jazdy zauważyłam bramy miasta.

O Starowierchu słyszałam dużo. Wszyscy jednak skupiali się na opowieściach o smokach, a ja zauważyłam niezwykłe piękno miasta. Urok tego miejsca polegał na jego budownictwie i na cichych, chociaż na pewno nie pustych uliczkach. Ledwo przeszłam przez jedną z bram, myśląc o spotkaniu ze smokiem, a grupka strażników zablokowała mi drogę. Jeden z nich, prawdopodobnie przywódca jechał konno, reszta stała przy jego bokach. Ubrani w błękitne płaszcze i trzymając w ręku halabardy tworzyli wrażenie wyższości. Gdy zastanawiałam się, czego ode mnie chcą, jeden z nich podszedł do mnie, prosząc o okazanie przepustki. Zaczęłam szperać w jednej sakwie, jednak glejtu nie było. Kilka minut coraz bardziej nerwowego przeszukiwania, ale bez skutku. Musiałam zostawić papier w karczmie. Trzeba będzie wrócić do uniwersytetu, by znowu go wyrobić. W żaden sposób nie mogłam namówić strażników, by puścili mnie wolno, nie widziałam też możliwości ucieczki. Kilka osób spotkał ten sam los, co mnie.

Jeden ze strażników dosiadł La Tempę. Jeszcze mi za to zapłaci… Czułam coraz bardziej palący ogień w klatce piersiowej, chciałam jakoś wyładować swoją złość; Ale to nie jest dobre miejsce, zbyt dużo tu drewna. Przeklęłam głośno strażników, ale nie zareagowali. I znowu zaczęłam się cofać. Wędrówka niemiłosiernie się dłużyła, ale przynajmniej zbliżaliśmy się do gospody, w której wcześniej nocowałam. Może mogłabym ich namówić do odwiedzenia tej karczmy, a tam znalazłabym ten cholerny papier?
Niestety, mój plan się nie powiódł. Co prawda, przez dwa dni szliśmy przez trakt, jednak nie zapowiadało się, byśmy mieli gdziekolwiek się zatrzymać. Przez te dwa dni zastanawiałam się, czy wtrącą mnie do więzienia, i czy jeśli zapłacę odpowiednio dużo, to puszczą mnie. Zaczęłam rozmawiać z innymi złapanymi i zupełnie „przez przypadek” zeszłam na temat burzy, nie powstrzymując się przed poinformowaniem ich, dlaczego ulewy już nie ma.

Łącznie zostało zebranych kilka osób, żadnej z nich nie udało się w jakikolwiek sposób przekonać strażników. Drugiego dnia, pozbawiona nadziei, na trakcie spotkaliśmy kolejnego wędrowca. Dopiero po kilku sekundach rozpoznałam tę osobę. Była to ta sama, ruda wojowniczka, którą spotkałam w karczmie. Ona również mnie zauważyła, bo spojrzała na mnie z lekkim, szyderczym uśmiechem. Zauważyłam dwa papiery, które trzymała kobieta. Pewnie przepustki, a co najważniejsze, dwie. Czułam wściekłość. Z jednej strony, to może być moja ostatnia, a z drugiej… to taki wstyd! Kobieta zaczęła coś mówić do strażników. Trudno. Wytrzymam tę hańbę, cel uświęca środki. Chrząknęłam głośno, wciąż zastanawiając się, w jaki sposób to powiedzieć, by zabrzmiało to jak najlepiej.

— Wojowniczko! — krzyknęłam do niej. — Co powiesz na pewien układ? Do miasta jakieś półtora dnia drogi, jednak z koniem będzie o wiele szybciej. Tak się składa, że mam konia. Jeśli podarowałabyś mi przepustkę, mogłabym cię ze sobą zabrać. Kto wie, może nawet jeszcze dzisiaj dojedziemy?
Przeklinając cały świat w duchu uśmiechnęłam się do kobiety. W duchu błagałam, żeby się zgodziła, kończąc tę całą farsę. Chociaż, z drugiej strony już i tak jestem upokorzona, już nie zależy mi na tym, by być mniej upokorzoną.
— Och, proszę cię, już sama znajomość ze mną da ci wiele korzyści. — dodałam, trochę szczerzej niż w przypadku pierwszej, jednak chyba każdy wyczułby w moim głosie poirytowanie i zażenowanie. Zdałam sobie sprawę z tego, że teraz już na żadną pomoc nie mogę liczyć.



GLEJTY

— Wojowniczko! — krzyknęła czarodziejka niepewnym głosem, choć prawdopodobnie starała się brzmieć pewnie i stanowczo. Ale starej wygi, takiej jak Niemka, nie mogła oszukać. Gdy tylko Tajga usłyszała słowo wojowniczka, zgięła się ze w pół ze śmiechu. Strażnicy popatrzyli na nią dziwnym wzrokiem, ale jako że była najemniczką należącą na specjalnych prawach do Kompanii Świtu, o czym świadczyła kolorowa przepustka, woleli niczego nie komentować. Zresztą Tajga istotnie nie wyglądała na kobietę, której można zwrócić uwagę.
— Jestem najemniczką, nie wojowniczką — szepnęła Niemka, muskając wypolerowaną głownię miecza zimnymi opuszkami palców. Czarodziejka nie mogła jej usłyszeć, więc dalej próbowała porozmawiać z nią w najbardziej przyzwoity sposób, jaki się dało:
— Co powiesz na pewien układ? Do miasta jakieś półtora dnia drogi, jednak z koniem będzie o wiele szybciej. Tak się składa, że mam konia. Jeśli podarowałabyś mi przepustkę, mogłabym cię ze sobą zabrać. Kto wie, może nawet jeszcze dzisiaj dojedziemy?
Tajga ziewnęła i popatrzyła na uśmiechniętą czarodziejkę. Wiecznie w dobrym nastroju do przepędzania burzy? — zapytała samą siebie, rozumiejąc, że była ostatnią deską ratunku dla Jasnej Pani. I zastanowiła się, jak może się na niej odegrać, choćby trochę, choćby uszczypliwą uwagą, ciętą ripostą?
— Och, proszę cię, już sama znajomość ze mną da ci wiele korzyści. — dodała jasnowłosa, niecierpliwie wyczekując odpowiedzi. Schaße, bo jeszcze się zgodzę — pomyślała najemniczką, a w jej głowie pojawił się pomysł, jak to mogłaby nieco zdenerwować czarodziejkę. Szybko wyjęła papiery ze skórzanej torby, która przebyła setki mil i wyszczerzyła się do zakutych łbów, jak lubiła nazywać strażników Tiglavve. Bo zdarzało się, że tutejsi strażnicy byli zwykłymi przygłupami żerującymi na braniu w łapę, prawie tak jak tam…
— Ten glejt jest mój — oznajmiła wreszcie strażnikom, pokazując bardziej wymięty świstek z jej imieniem i nazwiskiem. To był jeden z niewielu papierów, gdzie widniało jej nazwisko, którego starała się zazwyczaj nie używać. Tajga, Tajga Lorenc. — A ten, jest jej — rzuciła i jakby od niechcenia wręczyła strażnikowi dziesięć denarów i tylko machnęła mu glejtem przed oczyma.
— Pani, czy jest coś jeszcze, o czym nie wiemy? — zagadnął wąsaty Tiglavvczyk, dzieląc się natychmiast monetami z niskim kolegą, który dreptał obok, czekając na swoją działkę.
— A to, że jesteście takimi mazgajami, że dopiero milę od tego miejsca zauważyliście jej imię i nazwisko na tym glejcie — wyjaśniła, szybko skrobiąc domowej roboty ołówkiem samo imię, które wydawało się jej odpowiednie dla czarodziejki: Tempest. — Potem uprzejmie powiecie, jak się nazywa i wypuścicie ją bez zbędnych ogródek — ostrzegła, natychmiast zmieniając ton głosu. Machnęła ręką, aby strażnicy już poszli, a sama oddaliła się przed siebie, nie oglądając się w tył. I tak to był jeden z lepszych dni, odkąd opuściła Verianę…



TA, KTÓRA PRZYZWAŁA BURZĘ

Tylko głupiec wychyla się w czasie burzy. Większość ludzi wie, jak potężna może być ulewa. Każdy skryłby się w swoim mieszkaniu i przeczekałby największe zagrożenie. Tylko głupiec chce zdenerwować pioruny. Zdenerwować mnie, burzę.

Z jednym z takich bezczelnych głupców mam do czynienia dzisiaj. Ta ruda kobieta, której imienia nawet nie znam nie rozumie, dlaczego nie powinna się wywyższać w mojej obecności. To ona jest przyczyną mojego nastroju. Upokorzyłam się, a ona z „niebywałą łaską spełniła moją prośbę" i upokorzyła mnie jeszcze bardziej. Dość tego, moja cierpliwość się skończyła. Kobieta „podarowała” mi przepustkę, jednak nie zwracałam już na to uwagi. Miałam już ją po dziurki w nosie.
Popatrzyłam się, jak wojowniczka się oddala. Strażnicy głupio patrzyli się na glejt, a denary, które otrzymali, cicho pobrzękiwały w ich sakiewkach. Jednak ja zamiast tego charakterystycznego dźwięku, uwielbianego przez każdego kupca, słyszałam grzmoty, wydobywające się z burzy, która miała właśnie nadejść.

Rozejrzałam się wokół. Na szczęście nikt nie zwracał teraz na mnie uwagi. Popatrzyłam się na oddalającą się sylwetkę. Złączyłam ze sobą palce u rąk, pochyliłam głowę i zamykając oczy, przez chwilę próbowałam przypomnieć sobie tego, co uczył mnie mój ojciec. Powoli energia uwolniła się z moich palców. Tym razem, zamiast do nieba, poleciała w stronę rudowłosej. Zaczęłam szeptać inkantację, którą użyłam już pięć razy, a którą używałam tylko pod wpływem najpotężniejszej z możliwych wściekłości.

Kiedyś były burze
Były one wszędzie

Nigdy nie wiedziałam, czy wypowiedzenie zaklęcia cokolwiek zmieniało, jednak wypowiadane słowa zawsze wprowadzały mnie w poważny nastój, w którym przeplatał się gniew, ale i spokój, który zawsze czułam podczas czarowania.

Jedna zabiła dziecko
Jedna zatrzymała wojsko
Inna zrodziła dziecko

Do mojego serca doszło jeszcze jedno uczucie, cały czas potęgujące się, jednak nie przyćmiło szału i opanowania, jedynie zrównało swoją siłę. Praktycznie niezauważalnie uśmiechnęłam się jednym kącikiem ust.

Krew do krwi
Deszcz do deszczu
Zemsta piorunów

Zaczęłam się zastanawiać, jak potężne zaklęcie tym razem to było. Znałam tylko efekt – mój wróg zostawał otoczony przez burzę – stawał się jej centrum. Nigdy nie wiedziałam, od czego zależy potęga tej pogody, ile trwa i jak wielka jest, jednak, jeśli mój cel miał pecha, mógł nawet być trafiony przez pioruna.

Uwolnij od porażki 
Ukarz wroga.

Zaczęło padać – z początku poczułam na skórze niewielkie kropelki, które jednak z każdą chwilą powiększały się. Udało się – ta kobieta, która wprawiła mnie w ten nastrój nie będzie miała dobrej podróży. Padłam z wyczerpania na kolana, podnosząc głowę, by poczuć zimno na twarzy i nie zasnąć. Głośno oddychałam, zauważyłam, że wszyscy odwracają się w moją stronę.

Poczułam wielkie pragnienie, głód i zmęczenie. Po chwili doszły też nudności, jednak zanim zdążyłam zareagować, nie widziałam już nic. Trwało to dosłownie sekundę, kiedy obudziło mnie mocne potrząśnięcie. Praktycznie nie słuchałam, co do mnie mówią strażnicy. Zastanawiałam się tylko nad wojowniczką.



[...] KTÓREJ DRUGIE IMIĘ BYŁO CIERPIENIE

Tajga zasłoniła się rękoma, gdy wiatr szarpnął jej ciałem jak szmatką powieszoną na sznurze. Zbiegła z drogi pomiędzy łyse drzewa i oparła się o konar, patrząc na nadchodzącą burzę. Kłąb wiatru, pyłu i deszczu jakby podążała za nią, jak kula tocząca się z pochyłu Szara masa błyskała i pogrzmiewała, choć niebo było czyste, a słońce raziło. Niemka wiedziała, że to nie przypadek. Znów zagrzmiało, a ona drgnęła nerwowo i zacisnęła pięści. Blisko, za blisko — przemknęło jej przez głowę, serce zabiło szybciej. Gwałtownie starła pot z czoła i jak dzikie zwierzę złapane w zasadzkę, szukała drogi ucieczki. Lęk przejął kontrolę. Adrenalina działała.

Wybiegła spomiędzy drzew i nie obejrzawszy się za siebie, rozpędziła się, omiatając wzrokiem otoczenie. Na horyzoncie widziała czarne sylwetki, lecz słońce skutecznie oślepiało niespokojne oczy. Myślała jeszcze jasno: szarpnęła za pas, zostawiając go wraz z bronią daleko za sobą. Przecięła sztyletem zapięcia karwaszy. Stuknęły o kamienie, obok nich potoczył się cenny pierścień z ametystem. Chciała dotrzeć do widocznej grupki, jeśli da radę… Nie może skrzywdzić obcych… Zręcznie zrzuciła lekki napierśnik i przyspieszyła do granic możliwości, coraz częściej się potykając. Złowieszczo zagrzmiało.

— Proszę! — krzyknęła, gdy spostrzegła, że nieznajomi popędzili konie i po chwili już cwałowali na złamanie karku z dala od Tajgi.
— Nie uciekajcie! Błagam! — krzyknęła, czołgając się do przodu po mokrym kamieniu.
Ale było już za późno. Kula przybrała postać ogromnego człowieka i jakby wyciągnęła chude łapska w stronę kobiety, rozpływając się wokół niej jak mgła. Palce były wyładowaniami, szaty — pyłem na ciele z gazu. Zaklęcie było potężne.
Spanikowała. Skuliła się z twarzą do ziemi, powtarzając urywanym głosem własne słowa. Nie, nie, nie… Nigdy nie pada wiecznie! —krzyknęła, nim piorun w nią uderzył. Powietrze przesycił zapach spalonej tkaniny i krwi. Tajga leżała nieprzytomna na środku drogi, a chmury zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Szkarłat spłynął z rozszarpanego czoła.
Zemsta się dokonała.

Tajgę odnalazła grupa magów zmierzających do Ostańca. Nie czuła nic, a zarazem czuła wszystko — oparzenia na dłoniach, opuchniętą twarz i ranę na prawym policzku, która miała być teraz jej wizytówką. Nie otwierała oczu, nie drgnęła palcem. Całe ciało wibrowało, jak gdyby minęła tylko sekunda od uderzenia. Minęły dwa dni, dwa dni nieprzerwanego łatania dziury na twojej głowie, podtrzymywania płomienia życia, który w tobie pozostał, niemal zdmuchniętego jak świeca w świątyni, gdy ta nie jest już potrzebna. Zdawało się jej, że słyszy obcy głos, przeplatający się z jej myślami. Zamarła na chwilę, ale nic więcej nie usłyszała. Straciła przytomność.
Gdy ponownie się zbudziła, nie pamiętała, jak znalazła się w mieście, ani tego, jak wydostali ją z kłębu chmur, deszczu i wyładowań elektrycznych. Nie pamiętała, gdzie dotarła, zanim straciła przytomność. Nie pamiętała też, co w nią uderzyło. Nie wiedziała nawet, jak teraz wygląda i gdzie się znajduje.

Ale pamiętała tę twarz, przepełnioną pychą i wyższością; jasne włosy, które teraz kojarzyły się wyłącznie z piorunami; pamiętała własny krzyk pośród piorunów i porażkę, zaznaczoną krzywą blizną na surowym obliczu. I przysięgła, że zrobi coś podobnego. Oszpeci piękno, zniży do swojego poziomu. Przygwoździ do ziemi, umaże od brudu codziennego życia ludzi takich jak ona. 
A prawo było po jej stronie, po stronie kobiety, której drugie imię było Cierpienie. Śniła ona o burzy pośród ciemności przepełnionej lękiem. Lękiem innych.



SEN I KOSZMAR

Zmuszono mnie do okropnego, wyczerpującego siły marszu. Nigdy jeszcze tak ciężko nie oddychałam, a każdy krok wypełniony był paraliżującym bólem. Ze wściekłością spoglądałam w stronę La Tempy, która była prowadzona przez jednego ze strażników. Zupełnie nie byłam w nastroju, rzucenie zaklęcia nie pomogło mi jednak na moje nerwy.
Po raz pierwszy w życiu nawet deszcz mnie denerwował. Krople padały coraz szybciej, a dźwięk, które wydawały po uderzeniu w ziemię doprowadzał mnie do szału. Znowu. Czas dłużył się niemiłosiernie, a nikt nie rozumiał mnie, gdy mówiłam, że źle się jeszcze czuję. Idioci. Zaczęli narzekać, że mam usunąć ten deszcz. Oczywiście, byłoby to nierozsądne – nie po to się poświęcałam, by teraz wszystko zniwelować.

Wreszcie ktoś rzucił w moją stronę świstek. Już nie obchodziło mnie to, że mam nowe imię. Nie obchodziło mnie to, że zostałam jedynie z koniem wśród deszczu, który z każdą chwilą się powiększał. Obchodził mnie jedynie odpoczynek. Położyłam się na niewygodnej trawie, nie zwracając uwagi na chłód i wilgoć. Liczył się tylko odpoczynek.

Ze strachem zauważyłam, że nie ma przy mnie konia, jednak gdy rozejrzałam się dokładniej, zauważyłam, że nie poszła za daleko. Jeszcze nie cała wściekłość zeszła ze mnie. Straciłam mnóstwo czasu, byłam brudna i głodna, a na dodatek zgubiłam orientację w terenie. Miałam tylko nadzieję, że dojdę w ciągu kilku dni do mojego celu, by nie uznać całej podróży za porażkę.

Po chwili zorientowałam się, że jestem cała obolała. Nie jestem przyzwyczajona do klątw, więc nic dziwnego. Zaczęłam się zastanawiać, ile przespałam. Było popołudnie, więc nie było to takie oczywiste. Użycie potężnej magii nigdy nie pozostaje bez śladu. Zauważyłam też, że niebo jest jeszcze trochę zachmurzone. Wyciągnęłam rękę do góry, by zebrać resztki burzy. Nie sądzę, by zostało dużo z tej pogody, jednak wystarczyło już deszczu. Zamknęłam oczy, by osiągnąć szczyt skupienia.

I nic się nie stało. Spróbowałam jeszcze raz, i jeszcze raz. Wciąż brak reakcji ze strony chmur.
—Słuchajcie się mnie! – wrzasnęłam w desperacji. – Macie się mnie słuchać! Rozkazuję wam!
Poczułam na policzkach łzy. Prawdopodobnie użyłam zbyt dużo mocy, więc muszę się zregenerować. Wiedziałam to, jednak nie mogłam pozbyć się wewnętrznego bólu. Nie wiem, ile czasu zajęło mi uspokojenie się, jednak zaraz po tym związałam włosy, ubrałam płaszcz z kapturem, by nikt nie poznał mojej twarzy. Zamierzałam znaleźć kogoś, zapytać o drogę do Starowierchu, mając nadzieję, że nie będę musiała w tym czasie rzucać czarów. Nie wiem, ile zajmie mi dojście do dawnego stanu, ale gdybym w tym czasie spotkała się z koniecznością użycia magii, nie skończyłoby się to dobrze.



MIĘDZY HONOREM A PRAWDĄ

Popatrzyła na wysokie drzwi zamykające się za sympatycznym uzdrowicielem i wbrew zaleceniom, powoli usiadła na niewiarygodnie twardym łóżku wypchanym lnem. Nawet to wymagało ogromnego wysiłku. Zaniepokojona, spojrzała przelotnie na dłonie zawinięte w bandaże, oparzenia na klatce zasłonięte twardą tkaniną nasączoną jakimś specyfikiem. Poczuła pulsujący, przenikliwy ból gdzieś w środku, ale zignorowała go i wzięła głęboki wdech.

Lewą ręką podparła się na drewnianej ramie i powoli opuściła bose stopy na zakurzoną posadzkę z szerokich, dębowych desek. Była przyjemnie ciepła jakby ogrzewana od spodu. Ogrzewanie podłogowe? — zapytała samą siebie, gdy próbowała wstać na równe nogi. I wtedy słońce wyjrzało zza chmur, a szerokie okno wpuściło do niewielkiej izdebki ciepłe promienie, które padały też na podłogę. Najemniczka po raz pierwszy od wielu miesięcy zaśmiała się przypadkowo i zupełnie szczerze.

Nie chciała wiedzieć, ale powoli podeszła do krzywego stołu pod ścianą i niespokojnie przejrzała się w tafli wody w misie. Ledwie co powstrzymała się od zwymiotowania na widok jeszcze niezagojonych ran i swojej twarzy przypominającej jasnobeżowy budyń z grudami na powierzchni, tu i tam siny i zaróżowiony. Dotknęła opuszkami palców połowy głowy, która była prawie łysa, ale gładka i zimna. Magia — szepnęła, bezcelowo szukając rany po piorunie, której o dziwo tam nie było. Delikatnie przerzuciła pozostałe kosmyki na drugą stronę, zasłaniając ogoloną czaszkę. Może i była najemniczką, ale była też kobietą. Dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Bezgłośnie zapłakała, odsuwając misę. Zmącona woda wylała się obok, ściekając po blacie na deski podłogi. Krople oświetlone przez słońce zalśniły jak rosa na zielonych łąkach.
Pierwszy raz w życiu poczuła się nie upokorzona, a skrzywdzona. Okaleczona, naznaczona i rozbita wewnątrz. Jakby straciła całą wiarę w siebie. Nie, nie w siebie. W Tajgę. Ociężale położyła się na łóżku i spojrzała w sufit, przypominając sobie dni w Verianie. Svatopolskie uliczki, szary i malutki dom wciśnięty pomiędzy najbardziej znaną w królestwie piekarnię a zakład ubogiego szewca ledwo wiążącego koniec z końcem. Przypomniała sobie wieczory, gdy wracała z zebrań gildii i gdy kupowała wino prosto z Brivii, żeby pić je w samotności przy zgaszonych świecach, z których wiązka dymu unosiła się do otwartego okna, przez które wyglądała na śpiące miasto, myśląc o swoim życiu.
— Dopiero teraz naszło cię na wspominanie i wyrzuty sumienia? — zapytała samą siebie. I zrozumiała, że nie jest prawdziwą wojowniczką, taką jak te z filmów fantasy. Nie biła się w słusznej sprawie, nie pomagała potrzebującym i nie stawała bohatersko w ich obronie. Nigdy nie była zwykłą wojowniczką, a tym bardziej bohaterką. Nie nosiła błyszczącej zbroi czy wspaniałego miecza. Ludzie jej nienawidzili i życzyli jej śmierci, bo zabijała za pieniądze.

Zabijała tak, jak Czarne Róże, z którymi zresztą miała wielokrotnie styczność. Powrócił obraz, gdy gościła u nich i piła za ich zdrowie, nie myśląc o tym, czego właściwie się dopuszczali. Nie myślała o płomieniach, które zgasili. Cieszyła się i chwaliła zarobek, nawet rozważała dołączenie do Zakonu. Ale jakiś ślad zdrowego rozsądku powstrzymał ją przed podjęciem głupiej decyzji.
A potem przemknęło jej przez głowę kolejne pytanie. Czy powinna się zemścić? Nie powinnam — odpowiedziała sama sobie w myślach. Czy może się zemścić? Może, i potrafi — ponownie odparła. Od razu wykluczyła Czarne Róże, bo wiedziała, że aby dobrze zaplanować morderstwo, potrzeba czasu i przygotowania. Odrzuciła też prywatną interwencję, bo wyglądało na to, że pozbieranie się do kupy zajmie jej jeszcze trochę czasu. Ale prawo było po jej stronie, bo ta żmija była spoza Tiglavve i zaatakowała obcokrajowca posiadającego ważne papiery — wytłumaczyła sobie samej, mając nadzieję, że dokumenty Kompanii Świtu były tutaj rzeczywiście święte.
Czy chciała się zemścić?

Na to pytanie nie musiała sobie odpowiadać, bo aż za dobrze wiedziała. Że nie, nie chce krzywdzić innych. Cóż za poczucie prawości! — odparł złośliwy głos gdzieś w głębi jej duszy. Zamiast zemsty rozmyślała nad tym, że czarodziejka ściągnęła na siebie spojrzenie wielu ludzi i choć strażnicy pewnie nie mają pojęcia, co zrobiła, magowie już wiedzą. Nagle zobaczyła wyłaniające się jakby zza mgły twarze ludzi, którzy ją znaleźli. Czerwonowłosa kobieta, podstarzały elf, kobieta z ludu Selków w jej wieku i zakapturzony mężczyzna, wysoki i krępy. I zrozumiała, że słyszała o tym człowieku. Nie miała pewności, ale nagle wizja rozjaśniła się i zobaczyła to oblicze, na pozór zwykłe, człowieka o wielkiej władzy i potędze.

Jednego z członków Kręgu, który wymierzał sprawiedliwość magom w Astrum. Theshneresha Suliona, maga sprawiedliwego, lecz surowego, który na pewno zmobilizuje Krąg do poszukiwań niezdyscyplinowanej czarodziejki. Tajga poczuła nawet potrzebę, żeby ją ostrzec, ale w takim stanie mogła tylko pomarzyć o wyjściu na zewnątrz.
— Chciałabym powiedzieć, że sobie poradzisz… Ale nie mam w zwyczaju okłamywać ludzi — wymamrotała, zapadając w głęboki sen.



CISZA PRZED BURZĄ, CISZA PO BURZY

Gdy dotarłam do miasta, nie patrzyłam się już na jego niepowtarzalny urok. Tym razem, gdy tylko przeszłam przez bramy, jak najszybciej skierowałam się do karczmy, bojąc się tego, co będzie dalej. Gospoda nie wyglądała na tą, w której mogłabym zatrzymać się ja, Yrenn; Boski Piorun Tiglavve. I dobrze, bo nie chcę się teraz nikomu pokazywać, a wątpię, że ktokolwiek będzie tu mnie znał. Zapłaciłam za kilkudniowy pobyt, wybierając najlepszy z dostępnych pokoi.

Nikt nie zadawał pytań i nikt nie patrzył się na mnie podejrzliwie, bo brudna kobieta w kapturze nie była tu w żaden sposób zaskoczeniem. W kącie siedział mężczyzna, którego prawy policzek był wyżarty, jakby przez szczury. Grał w karty z inną osobą, skrywającą swoją twarz, jednak zauważyłam jego czarną rękę z długimi pazurami. Patrząc na to, powiedziałabym, że wśród wszystkich zebranych to ja wyglądałam najnormalniej, a w całym pomieszczeniu było wiele podobnych do nich przypadków.

Nie zwlekając weszłam na górę budynku, szukając swojej sypialni. Mimo, że zapewniano mnie, że jest to najdroższy i najlepszy pokój wśród dostępnych, nie wyglądał on zachęcająco. Wszystkie meble w nim były zniszczone, a drewno śmierdziało. Zamknęłam drzwi, siadając na niewygodnym łożu, zastanawiając się, kiedy znowu będę mogła użyć magii.

O poranku następnego dnia poczułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Ciągle myślałam o kobiecie, która mnie upokorzyła, jednak teraz zdawało mi się, że mogła mieć swoje powody, a moja wściekłość skierowana w nią była przesadzona. Powinnam była się inaczej zachować. Mimo to wiedziałam, że nie mogę cofnąć czasu. Muszę ponieść konsekwencję za własne czyny. Wydawało mi się, że wojowniczka prawdopodobnie będzie chciała zemsty, w końcu użyłam na niej nieprzyjemnej magii. A jeśli wie, że idę to Starowierchu, to praktycznie już mnie znalazła.

Wyciągnęłam nożyk, który trzymałam ze sobą, podchodząc do okna. Drugą ręką ułożyłam i przytrzymałam włosy, by po chwili wahania odciąć je. Ostrze zraniło mnie również w palce, ale nie przejmowałam się tym. Mój znak rozpoznawczy wyrzuciłam za okno, patrząc jak są rozwiewane. Poczułam chęć popchnięcia ich magią, a gdy wyciągnęłam rękę, przez chwilę poczułam zrozumienie ze strony pogody, jednak nic więcej. Uśmiechnęłam się lekko. Nie byłam już tą samą Yrenn. Zaatakowałam niewinną osobę, mimo że miałam być bohaterem. Godne pożałowania.

Większość czasu spędzałam samotnie, wychodząc w godzinach najmniejszego tłoku, starając się być niezauważona. Moje umiejętności nie powracały, co powodowało u mnie coraz większe zmartwienie. Czasami czułam, że czary są na wyciągnięcie ręki. Chwilowo mnie to uspokajało, jednak nie wiedziałam, jak wrócić do dawnego stanu. Ostatecznie udało mi się stworzyć niewielki wiatr.

Pewnego dnia, gdy byłam tu już dłuższy czas, zeszłam rano na dół. Poprosiłam o śniadanie i usiadłam przy jednym z niezajętych stołów. Po chwili dostarczono mi jedzenie. Gdy skończyłam posiłek i miałam zamiar już wstać, dosiadł się do mnie mężczyzna w brązowym płaszczu. Gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się, dostrzegłam zniekształconą prawą stronę twarzy z wieloma bliznami i oparzeniami. Lewe oko było jaśniejsze niż drugie, przez co sprawiał niezbyt miłe wrażenie.

—Tak jak myślałem. Nie znają cię w tych stronach, zmieniłaś się trochę, jednak ja cię poznaję. Kto by się spodziewał tak sławnej osoby w tak… specyficznym miejscu. Słyszałem ostatnio plotki o tobie. – powiedział ochrypłym głosem.
—O czym ty mówisz? – zapytałam lekko zdenerwowana, mimo że wiedziałam, że teraz nie powinnam z nikim rozmawiać, zwłaszcza w takim miejscu. Mężczyzna zaśmiał się.
—Ktoś mówił, że szlachetna Yrenn zachowywała się w podejrzany sposób, a nawet przywołała ogromną burzę. – Zrobił przerwę, by wypić łyk alkoholu z kufla. Zorientowałam się, że to zdanie powiedział głośniej niż resztę, przez co przez chwilę poczułam strach. – Chyba nawet kogoś zaatakowała.
Przez chwilę naszło mi na myśl, by zaprzeczyć wszystkim zarzutom, jednak zorientowałam się, że to zdradziłoby moją tożsamość.
—Nie myśl, że jesteś tu bezpieczna. To właśnie w tym miejscu najłatwiej o rozpowiedzenie tajemnic, które mogą dotrzec wszędzie. – Dodał po dłuższej chwili. Zachichotał, wstał i skierował się w stronę innego stołu.

Rozmowa wywołała u mnie strach. Jeśli to co mówi, jest prawdą, to muszę się stąd wynieść. Nawet nie ze względu na lęk przed wojowniczką, ale przed prawem. W końcu zaatakowałam jako pierwsza, właściwie jako jedyna. Postanowiłam, że zostanę do jutra w karczmie i wyruszę w dalszą podróż, tym razem na południowy zachód. Miałam już dość Starowierchu, mimo że niewiele z niego widziałam. Zastanawiałam się, co wojowniczka powiedziała o mnie i komu. Pewnie przerysowała swoją historię, by spotkała mnie jak największa kara. I nie dziwię się jej. O ile ona jedynie mnie upokorzyła, to ja mogłam jej wyrządzić krzywdy materialne.
Z samego rana, jedynie po niewielkim posiłku poszłam do obory, która była na rogu zajazdu; przetrzymywałam tam Tempę. Gdy osiodłałam ją i już chciałam wsiąść na jej grzbiet, usłyszałam głos kobiety, po chwili zorientowałam się, że to jedna z karczmarek.
—Tak, była w tej karczmie, panie. Mam nadzieję, że nie wyszła, bo wyglądało na to, że już opuszcza to miejsce.

Zamarłam przez chwilę. Cicho wsiadłam na siodło i usłyszałam, jak drzwi do karczmy się otwierają. Sądząc po odgłosie, do budynku weszła jedna osoba, ale na zewnątrz pozostali jeźdźcy. Nie myśląc zbyt długo, ruszyłam powoli, by nie zrobić zbyt wielkiego zamieszania i hałasu.
—Nie ma jej tu. – usłyszałam donośny, męski głos. – Wiesz gdzie poszła?
Nie czekając na ciąg dalszy rozmowy, zmusiłam klacz do szybkiego galopu. Dopóki uliczka nie była zatłoczona, jechałam szybko, jednak gdy dojechałam do bramy, musiałam się zatrzymać. Na szczęście strażnicy nie wydawali się zwrócić na mnie szczególnej uwagi, więc udało mi się wyjść z miasta. Oddychając szybko z przerażenia z trudem udało mi się uspokoić. Postanowiłam jechać średnim tempem, mając nadzieję, że grupa, która mnie szukała zatrzyma się jeszcze przy bramie, by wyjaśnić sytuację strażnikom. Jechałam traktem, cały czas rozglądając się. Po krótszym czasie, niż się spodziewałam, zauważyłam przyśpieszającą grupę.
Mogli mnie nie zauważyć, jednak postanowiłam znowu zagalopować. Trwało to dosyć długo, jednak po pewnym czasie usłyszałam zdecydowany głos.
—Zatrzymaj się! – Nie mogąc nic poradzić spełniłam rozkaz. Lepiej będzie, żeby nie myśleli, że uciekam. Gdy się odwróciłam, zauważyłam, że jeźdźcy są jeszcze daleko, więc nie powinnam była usłyszeć tego głosu. Prawdopodobnie ktoś użył magii.
W końcu konie do mnie dojechały z zakapturzonym mężczyzną na czele. Zatrzymał się i zszedł z konia, a reszta osób otoczyła mnie. Dopiero teraz rozpoznałam, kto to był. Theshneresh Sulion, mag wymierzający sprawiedliwość, stał przede mną we własnej osobie.
—Yrennacht Lerray Setnuzen? – Skrzywiłam się, gdy użył mojego pełnego imienia, nieużywanego od dawna. Wszystkim przedstawiam się jako „Yrenn; Boski Piorun Tiglavve”, pomijając resztę, między innymi nazwisko rodowe.
—Tak, to ja. – Powiedziałam ciszej, niż chciałam. Nie czułam się tak pewnie, jak zawsze. Zdjęłam kaptur, by pokazać swoją twarz i zeszłam z konia.
—Czemu uciekałaś? – Gdy zadał to pytanie, poczułam majestat tej osoby. Zjechałam spojrzeniem lekko w dół, by uniknąć jego surowego spojrzenia.
—Nie uciekałam. – Skłamałam, czując, że głos mi drży. – Chciałam zagalopować, bo moja klacz miała zbyt wiele energii, a lubię czuć powiew wiatru.
Była to beznadziejna wymówka, jednak nic innego nie mogłam w tej chwili wymyślić. Prawdopodobnie mag zorientował się, że jest to nieprawda, jednak nie brnął w to dalej.
—Czy to ty przywołałaś burzę dwa tygodnie temu w tych okolicach? – Miałam wrażenie, że Sulion zna odpowiedź, jednak nie mogłam przyznać mu prawdy. To byłoby jak przyznanie się do użycia czaru na niewinnych.
—Chciałam odpędzić niewielki deszcz, jednak źle użyłam zaklęcia. Czar wyszedł z mojej kontroli i pogoda zaczęła się zachowywać wbrew mojej woli, wchłaniając całą moją energię, więc nie mogłam jej zatrzymać. – Tym razem zabrzmiałam pewniej, jednak nie wiem, czy wystarczająco.
—Umyślnie, czy nieumyślnie, przez twe czyny poważnie poszkodowałaś dwie osoby.
Więc jednak wyrządziłam jej krzywdę. Ale kim była druga osoba? Prawdopodobnie innym wędrowcem, równie pechowym, co ta kobieta.
—W związku z tym, odpowiesz za swoje czyny. Pojedziesz do Ostańca, gdzie czeka cię wyrok. W zależności od tego, co powiedzą świadkowie i poszkodowani, możesz się spodziewać różnych kar. – powiedział spokojnie, a moja twarz wykrzywiła się w złości i smutku. Przez chwilę chciałam protestować, jednak w końcu kiwnęłam głową. Podeszła do mnie jakaś kobieta o czerwonych włosach i mocno związała mi ręce. Wyciągnęła jakiś flakonik z zielonym płynem i przystawiła mi do ust.
—Wypij to. Środek blokujący magię. – powiedziała szybko. Chciałam protestować, jednak w końcu przełknęłam obrzydliwy wywar.
Jeśli do tej pory czułam, że nie mogę używać magii, to teraz czułam pustkę, rezygnację i rozpacz. Nienawidzę przegrywać.

Wepchnięto mnie do jednoosobowej celi, gdzie spędziłam już dwa dni. Większość czasu rozmyślałam nad swoimi czynami, jednak ciasnota tego pomieszczenia przeszkadzała mi, wytrącała mnie ze skupienia. W nocy nie mogłam spać, płakałam i krzyczałam denerwując się na wszystko – na dawno u mnie niespotykane poczucie winy, na utratę mocy, na całą sytuację.
Słyszałam, że termin wydania mi osądu przedłuża się, by każdy mógł się wypowiedzieć. „Każdy” to pewnie poszkodowani. W tym ta kobieta, której imienia nie znam. W pewnym momencie moje rozmyślania zostały przerwane.

—Yrennacht? Pozwolono mi z tobą porozmawiać. – usłyszałam mi dobrze znany głos. Był to Aeeth Setnuzen, mój ojciec. Spojrzałam na niego, by zobaczyć, że w jego wyglądzie nic się nie zmieniło w ciągu mojej nieobecności.
—Dawno się nie widzieliśmy, ojcze. – powiedziałam, odwracając wzrok, by nie widzieć zawodu w jego oczach.
—Tak, to prawda. Twój proces odbędzie się w ciągu miesiąca. Powiesz mi, co się stało? Czemu to zrobiłaś? – zapytał. Usłyszałam w jego głosie niecierpliwe wyczekiwanie na odpowiedź.
—Nie wiem, czy chcę o tym mówić. – Skuliłam się sobie, błagając w duchu, by odszedł już.
—Czujesz przynajmniej wyrzuty sumienia? – Naciskał coraz bardziej. W tym momencie, moje emocje z ostatnich tygodni skumulowały się.
—Tak! Nawet nie wiesz! – ryknęłam na całe gardło, czując jak mi się zdziera, co rzadko się zdarzało. – Przez całą tę podróż czułam, że… — nagle przerwałam, gdy wpadłam na pewien pomysł. Nie wiem, czy cokolwiek da, oprócz może lekkiego uspokojenia, ale chcę spróbować. – Ojcze, czy wiesz, czy Theshneresh Sulion zna poszkodowaną?
—Wydaje mi się że tak, ale to teraz nie jest…
—A czy mógłbyś przynieść mi pergamin, atrament i pióro? – przerwałam mu. Wyglądał na zdenerwowanego, ale w końcu się zgodził. Podczas jego nieobecności myślałam, co chcę napisać. Strażnicy zgodzili się, bym mogła dostać te rzeczy, a ja poprosiłam mojego ojca, by odwiedził mnie następnego dnia.

Rzeczywiście, przyszedł do mnie. Tym razem nasza rozmowa była spokojniejsza, a ja poprosiłam go, by przekazał list do poszkodowanej, może być za pośrednictwem maga. Opisałam mu to, co zapamiętałam z wyglądu wojowniczki, mając nadzieję, że trafi do odpowiedniej osoby.
Tego dnia spałam spokojniej. Jedno moje zmartwienie częściowo zniknęło. Nie wiem, czy da mi to cokolwiek, ale czułam się pewniej, wiedząc, że ta kobieta może mnie zrozumieć. Zastanawiałam się, jak zareaguje na mój list.

Droga nieznajomo!
Wiem, że jest zbyt późno, by to mówić, jednak chciałam Cię przeprosić. Wiem, że będąc w obecnej sytuacji, wydawać się może, że robię to pod wpływem strachu przed karą i Twoim gniewem, jednak nie jest to prawda. Rzeczywiście, obawiam się tych rzeczy, jednak czuję wyrzuty sumienia. To, co Ci uczyniłam jest nie tylko niewybaczalne, ale i haniebne. Dałam się ponieść emocjom, mimo że właściwie nie zrobiłaś nic złego, w przeciwieństwie do mnie. W rezultacie Ty chciałaś mi pomóc, a ja zraniłam Cię, chociaż nie wiem, jak mocno. Nie wyobrażam sobie, byś mi wybaczyła, jednak chciałam, byś wiedziała, że źle się czuję z tym co zrobiłam.
Nie wiem, co wyniknie z procesu. Oprócz Ciebie, zraniłam też inną, nieznajomą mi osobę, a jeśli jest to bogaty szlachcic, może zażądać mojej śmierci. Piszę to, bo to może być ostatnia szansa na przeprosiny. Zależy mi na tym, bo czuję, że gdybym postąpiła inaczej Zależy mi na tym, bo czuję się winna, i wiem, że nigdy tego nie odkupię.



ŻAŁOŚĆ LICZY SIĘ KROPLAMI KRWI

Szare chmury przesuwały się powolnie po niebie, jak ciągnięte przez niewidzialne konie, które uparcie galopowały z zachodu na wschód. Patrzyła przez okno, opierając się o wysłużoną laskę, która musiała kiedyś służyć jakiemuś starcowi. Sama nie czuła się lepiej niż jej poprzedni właściciel. Przez chwilę przez głowę przemknęło jej pytanie: gdyby teraz przeniosła się do Niemiec, czy ból by ustąpił? Potrząsnęła głową, szybko odpychając myśli o tamtym świecie w głąb umysłu. Nie tęskniła za domem, wreszcie minęło już kilkanaście lat, kiedy ostatnio mówiła po niemiecku, płaciła banknotami czy łykała paracetamol, o którym mogła teraz tylko pomarzyć. Tak, paracetamol by się przydał, zdecydowanie…
— Przestań! — rozkazała sobie, odchodząc od okna. — Rozmyślanie w niczym ci nie pomoże — dodała, kładąc się na twardym łóżku. Ból nie jest duży, naszprycowali mnie czymś… Magią, ziołami…
Stęknęła, sięgając po wysłużoną książkę, która wielokrotnie ratowała jej życie za granicą. Czyli wszędzie, poza Verianą. Myśl o przytulnym mieszkanku wywołała gęsią skórkę na opuchniętej skórze. Napiłaby się wina z Brivii... Podłożyła sobie pod plecy dziurawą poduszkę i przekartkowała „Przewodnik Uniwersalny” do rozdziału piętnastego.
Tiglavve, ziemia przez bogów porzucona


Wzdrygnęła się, widząc jego tytuł i poszukała w tekście czegoś o Ostańcu. Nie interesowała ją historia miasta, chciała się dowiedzieć czegoś bardziej praktycznego, a nie wiedzieć, kiedy zbudowano ten czy tamten pałac. Całkiem jak na wycieczkach, zawsze marudziła, słysząc, jak przewodnik rozgaduje się, mówiąc o przeszłości miasta czy czegokolwiek. Zawsze uważała, że historia to najgorszy temat, na jaki można rozprawiać. Ale teraz jakoś tak nieświadomie, gdy tylko przeleciała wzrokiem notkę o Rybim Mieście, z dziecięcym zaciekawieniem rzuciła się na inne teksty, pochłaniając informację jak gąbka. Zapomniała o tym, co myśli o przeszłości. Bo myślami była w jasnej Bohrii, wpatrywała się w morze, potem w bogatej Zachodniej Iglicy dotykała ciepłych łusek smoków, nagle szybko przeniosła się do Ustroniska, już czując jego spokój, który zapewniała odległość od centrum Tiglavve; przez chwilę spoglądała na Akavell z jednego z wierzchołków Gór Poszumistych, a wreszcie udała się do…

Posłaniec wszedł bez pukania, niecierpliwie wręczając Tajdze zapieczętowany list. Nawet nie zdążyła zareagować na wtargnięcie, a miała pod nosem świstek papieru. Już chciała go gwałtownie chwycić, gdy pohamowała się z wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. Spojrzała spode łba na wyrostka w nawet porządnej tunice, z małym sztylecikiem u pasa i skórzaną sakiewką. Był za dobrze ubrany jak na zwykłego posłańca. Bezczelnie sopatrzyła w obojętne i zmęczone oczy, chudy kark, piegowatą twarz i wreszcie delikatnie wzięła list. Zaskoczona nawet zapomniała zapytać, dlaczego jakoś nie zapukał, a tak wskoczył bez pytania… Nie bawiła się w podważanie pieczęci i paznokciami poradziła z kruchym lakiem. Choć była osobą, która trafnie przewiduje przeróżne wydarzenia, tego listu się nie spodziewała. Nawet nie spojrzała na nagłówek, pośpiesznie wbiła wzrok w litery, które, choć były pisane w pośpiechu i kiepskich warunkach, zdradzały, kto pisał ten list.

„Wiem, że jest zbyt późno…”

Zaskoczenie, choć spore, szybko ją opuściło. Cicho się zaśmiała, prosząc o pióro i kałamarz, prostując kartkę na książce. Nie minęła chwila, gdy zręcznie zamoczyła końcówkę w tanim tuszu i nakreśliła kilkanaście słów, nie przerywając nawet na sekundę, dopóki nie złożyła na końcu podpisu. Jeszcze raz przeleciała wzrokiem tekst listu.

Droga czarodziejko,
Kimkolwiek tak naprawdę jesteś, cokolwiek tak naprawdę czujesz i czego tak naprawdę się lękasz, wiedz, że mój gniew odszedł razem z twoją burzą. Rzucenie tego zaklęcia na mnie nie było przypadkiem, wierzę, że los tak chciał. Wymierzyć mi karę, a może skłonić do refleksji nad własnym życiem. I co z nim robię. Jeśli ktoś do mnie przyjdzie w twojej sprawie — nie obawiaj się zemsty z mojej strony.
Przynajmniej nie teraz. Twoja burza rozerwała mnie na żałosne i smutne kawałki. 
Taiga Lorenc.



PRZED PROCESEM

Nie wiem, ile mnie tu trzymano. Może pięć dni, może pięć miesięcy, a może pięć lat. Nie wiem. Ale w ciągu tej katorgi uświadomiłam sobie, że nie potrafię już żyć bez magii. W całym moim życiu ciągle upajałam się grzmotami i błyskami piorunów. Niecierpliwie czekałam na deszcz, często używałam czarów po prostu z nudów. Eliksir, który usuwał moje zdolności, podawano mi codziennie rano i pilnowali, bym wypiła wszystko. Co jakiś czas zastanawiałam się, jak przechytrzyć strażników, jednak szybko rezygnowałam z tego pomysłu. Miałam przecież ponieść odpowiedzialność za to, co zrobiłam. Czas mijał niemiłosiernie długo, a jednocześnie miałam wrażenie, że każdego ranka nastaje kolejny, nowy rok.

Nawet teraz ciągnęło mnie do piorunów. Większość czasu myślałam o nich, przywoływałam wspomnienia, w których czuję tę nieopisaną radość z wskrzesania nieokiełznanego żywiołu. Kiedyś nazwałabym to uzależnieniem. Teraz usprawiedliwiam się, że to jedynie przywiązanie — tyle lat już korzystam z magii, że zaprzątnęła ona cały mój umysł. Pewnie każdy mag ma tak samo, a (nawet czasowe) zabranie mu umiejętności jest dla niego najgorszą torturą.
Po kilku wiekach, tygodniach lub godzinach dostałam list. Przybycie posłańca zakłóciło moje rozmyślania, a ja, by zająć czymś myśli, czytałam w kółko list, który od początku wydał mi się co najmniej dziwny. Uniosłam brwi, bo nie mogłam połączyć tych słów z tamtą kobietą; Nie pasowały one do niej. Po przeczytaniu wiadomości dziesiąty raz, zaczęłam się zastanawiać, jaki tak naprawdę ma charakter najemniczka. Gdy mijała piętnasta minuta mojego bezmyślnego gapienia się na papier, przestało już mnie to obchodzić, ale zwróciłam uwagę na podpis. Wreszcie wiem, jak się nazywa, chociaż w tej sytuacji, na niewiele mi się to zda.

Mijały dekady, pory roku lub sekundy, a ja zaczynałam szaleć. Zaczęło się od śpiewania tiglavvskich pieśni, które szybko mi się znudziły, więc przypomniałam sobie utwory po Helliańsku. Tych z kolei nie znałam zbyt dużo, więc skończyłam „występ”, gdy zorientowałam się, że przeszłam na włoski. Nawet nie zauważyłam, że zaczęłam drzeć papier, ścierać paznokcie o kamienną podłogę czy stukać o kraty, by stworzyć dziwną, więzienną melodię. Muzykowałam przez całą wieczność.
I wtedy strażnicy brutalnie mnie wyciągnęli z celi. Przez chwilę się cieszyłam, że opuszczam to miejsce, jednak takie potraktowanie mnie nie uśmiechało mi się. Mężczyźni dopiero po pewnym czasie powiedzieli mi, że biorą mnie na publiczny proces, by wszyscy mogli popatrzeć na moje męki. Nie było mnie stać na wykupienie obrońcy, chociaż nie wiem, kto chciałby mnie bronić. Zaczęłam się zastanawiać, czy moi przeciwnicy wezmą kogoś do pomocy.

Zostałam wyprowadzona, już łagodniej na wielki, kwadratowy plac. Zebrało się już trochę ludzi, którzy chcieli rozrywki w postaci mojej śmierci. Było dość głośno, ludzie śmiali się, krzyczeli, jednak mi nie było wesoło. Nie byłam w nastroju do podziwiania architektury tego miejsca, więc spuściłam głowę, nie zwracając na nic uwagi. Skierowano mnie na jeden z kamiennych podestów, gdzie miałam się bronić. Druga strona jeszcze nie przybyła.

Problem jest duży — wyrok może być od kary śmierci do pieniężnej. Zaczęłam już się zastanawiać, którą z tych kar najchętniej bym dostała, a gdy wybrałam tę najbardziej odpowiednią, zauważyłam grupę ludzi, która kieruje się w stronę drugiego podestu. Moi przeciwnicy — świadkowie, poszkodowani, adwokaci i sędzia. Wszyscy szli z Theshnereshem Sulionem na przedzie.



POTĘGA JASNA

— Co widzisz, co widzisz w srebrnym lustrze wody, dziewczyno? Co czujesz, co czujesz, gdy patrzysz w krzywe odbicie, dziewczyno? Co myślisz, co myślisz, gdy dzieci uciekają w chatę, dziewczyno? Czego żądasz, czego żądasz od staruszki, dziewczyno? — zapytała zgarbiona kobieta, wspierająca się na sękatej lasce. Laska była zrobiona z małych czaszek, a staruszka wyglądała podejrzanie zdrowo i krzepko, jak na swój wiek. Ludzie powiadali, że ma już z osiemdziesiąt wiosen za sobą, lecz któż mógłby to potwierdzić? Zielone jak świerkowe igły oczy błysnęły chciwie, rdzawe smugi na policzku wybiły się zza obdartego kaptura. Postać wyprostowała się w górę tak, że nie przypominała już żebraczki. Zamachnęła się i zrzuciła popielatą tkaninę z głowy. W czarnej rozwalinie zadął wiatr od północy, gwiżdżąc złowieszczo w bezgwiezdną noc. 
— Daj mi niewzruszone serce, które pokona każdy smutek; daj mi pewną rękę, która zabije każdego; daj mi chłodne sumienie, które nie przejmie się cierpieniem, chcę być okrzepła niczym wieczny śnieg w górach, chcę służyć wiernie do końca życia. Daj mi to, a uciszę gawędziarzy i wichrzycieli, którzy sprzeciwili się twojej woli — dokończyła, klękając na jedno kolano z niespotykaną pokorą. W czarnej rozwalinie zadął wiatr od północy, gwiżdżąc złowieszczo w bezgwiezdną noc.
Starucha zarechotała paskudnie, przechylając się w przód i w tył, aż przykurczone na głazach ptaki zerwały się w górę, a ropuchy przyczajone nieopodal strumyku zamilkły.
— Dostaniesz to, czego żądasz, zuchwała dziewczyno, ale cena będzie równie wysoka. Przemawiam teraz, przemawiam w przyszłość, przemawiam za przeszłość: potęga jasna cię najdzie w dalekiej podróży i pokona, a gdy krew z ran się wstrzyma, gdy połączy się poszarpane oblicze odejdziesz w noc ciemną bezgwiezdną i zobaczysz potęgę jasną na śmierć zasądzoną i staniesz przed zawiłym wyborem, który twój los przypieczętuje — skończyła, dotykając kaprawymi łapami czystego oblicza dziewczyny. Wtenczas zaszemrała krótko i podłe moce przeszyły serce, ciało i sumienie dziewczyny, obracając je obojętne i zimne. W czarnej rozwalinie zadął wiatr od północy, gwiżdżąc złowieszczo w bezgwiezdną noc.

Blizny błysnęły w ogarniętej ciemnością izbie, gdzie jarzył się złociście knot niewielkiej świecy, kobieta po raz ostatni pochyliła się nad misą wypełnioną zmąconą wodą. Powierzchnia falowała coraz wolniej, aż wreszcie Tajga znów mogła ujrzeć swoje zdziczałą przez wieczną samotność twarz, z zaciśniętymi ustami, z tradycyjnymi smugami na policzku, które miały ochronić ją przed nieszczęściem. Nie pamiętała, kiedy zaczęła je malować i kto jej o nich opowiedział. Ostatnio jakoś wiele zapominała.

Nie pożegnała się z uzdrowicielami, nie podziękowała za ratunek — nie miała w zwyczaju płaszczyć się przed wszystkimi i mydlić oczu obcym. Może i była wdzięczna, może i nie była; teraz wszystko stało się jakieś takie nieważne. Czuła dziwny obowiązek—moc, który ciągnął ją w głąb miasta. Jej pożegnaniem był chudawy mieszek z kilkunastoma denarami na dnie. Wiedziała, że taką zapłatę może właściwie sobie gdzieś wsadzić, ale więcej dać zwyczajnie nie chciała ze wrodzonego skąpstwa; uzdrowiciele też nigdy nie brali sobie wielkości zapłaty do serca, działali w imię wartości zwanej „miłością bliźnich”. Głupota, ludzka naiwność i głupota. 

Na dusznym placu był już spory tłum, a wyrzucona z życia świata na kilkanaście długich i bolesnych dni, nie wiedziała, który dziś dzień i co się właściwie dzieje. Przeciskała się z trudem przez gęstniejącą gawiedź, lekko kulejąc na prawą nogę. Nie pamiętała, żeby wcześniej z jej nogą było coś nie tak. Nie pamiętała też, żeby uzdrowiciele wspominali, by miała po uderzeniu pioruna ciało zranione poniżej pasa.

Wreszcie dostała się pod kamienne podwyższenie i spojrzała w górę, przysłaniając palące słońce dłonią. Na dwóch podestach zgromadzili się wszyscy powiązani ze sprawą, którą dziś mieli rozsądzić na oczach miasta. Tajga od dawna nie czuła takiej adrenaliny, takiego przypływu energii, wiedziała, że to przeczucie nie pojawiło się same z siebie.
Wreszcie zrozumiała przepowiednię wiedźmy z ruin Sancre—Tor.
„…potęga jasna cię najdzie w dalekiej podróży i pokona, a gdy krew z ran się wstrzyma, gdy połączy się poszarpane oblicze, odejdziesz w noc ciemną bezgwiezdną i zobaczysz potęgę jasną na śmierć zasądzoną i staniesz przed zawiłym wyborem, który twój los przypieczętuje”.
Mogła śmiało pogrążyć młodą czarodziejkę w bagnie, z którego nigdy by już się nie wydostała. Mogła też obronić ją, wreszcie była dobrym dyplomatą, przynajmniej w żartach znajomych.



KRZYK

Theshneresh Sulion wywołał na magini to samo wrażenie, co wcześniej. Mężczyzna wręcz promieniował pewnością siebie, w dodatku cały czas patrzył się na Yrennacht Setnuzen, która niecierpliwie, ale i w niepokoju oczekiwała na rozpoczęcie procesu. Kobieta, mimo że uważała się za silną i potężną osobę, musiała odwrócić wzrok. Denerwowało ją to, że mężczyzna właściwie nie mrugał, gdy spoglądał na nią swoim surowym wzrokiem, w którym Yrenn dostrzegła pogardę. Dopiero teraz zauważyła jego towarzyszy.

Po prawej stronie czarodzieja stał niski, stary mężczyzna z siwą brodą, lecz o władczym spojrzeniu. Po jego bogatym ubraniu o dobrej jakości można było stwierdzić, że jest on szlachcicem, co potwierdzał fakt, że na palcu nosił duży sygnet, zapewne z herbem jego rodu. Był dość gruby, o okrągłej twarzy. Lekko się uśmiechał, jednak gdy natrafił spojrzeniem na Yrenn, magini dostrzegła lód w jego szarych oczach. Nie widziała natomiast żadnej rany na jego ciele. Oprócz tego, że chodził dosyć chwiejnie, nie można było dostrzec innej, niepokojącej rzeczy, wskazującej na to, że został trafiony piorunem.

Za nim szedł lekko zgarbiony mężczyzna, rozglądający się po tłumie. Wyglądał na znudzonego, jakby takie sytuacje działy się mu codziennie. Miał czarne włosy oraz ciemne oczy, nie obnażające zbyt wielu emocji. Ubrany był w czarny strój, odkrywający jedynie twarz, bo na rękach miał białe rękawice. Szepnął coś na ucho szlachcicowi, po czym Yrenn zobaczyła na jego twarzy wykrzywiony, ironiczny uśmiech. Dopiero teraz można było dostrzec starą, bladą bliznę na prawej części jego twarzy. Czarodziejka domyśliła się, że jest to prokurator szlachcica. Było tam kilka innych osób, którym Yrenn nie miała możliwości się przypatrzeć.

Przyszło też kilku strażników, którzy rozstawili się na dwóch podestach, jakby pilnując, by magini nie uciekła. Zaczęli powstrzymywać tłum przed zbytnim wpychaniem się na scenę. Widownia wręcz szalała. Chcieli zobaczyć krew czarodziejki, jakby była to najświetniejsza atrakcja dzisiejszego dnia. Wtedy, tuż przed podestem, Yrenn dostrzegła Tajgę Lorenc, od której to wszystko się zaczęło. Poczuła gniew, ale szybko się uspokoiła. Nie mogła dać satysfakcji tej szarej masie, która oczekiwała tylko mordu, poza tym czarodziejka wiedziała, że to ona jest winna.

— Yrennacht Setnuzen, oskarżona o nadużycie magii, zaatakowanie i oszpecenie dwóch osób, w tym jednego szlachcica. Czy oskarżona przyznaje się do winy? — zapytał mężczyzna, w podobnym ubraniu, co prokurator. Sędzia miał siwiejące włosy i chłodne spojrzenie, które pokazywało, jak surową jest osobą.
— Tak. — powiedziała. Tajga spojrzała na maginię. Przez ułamek sekundy patrzyły sobie w oczy.
Mam was wszystkich gdzieś. Mam tego dosyć. Chcę już wiedzieć, czy umrę.
— Zanim zostanie wydany wyrok, chciałbym zauważyć, że mój syn został paskudnie oszpecony. Ona — tu wskazał na Yrennacht — powinna również zostać upokorzona przed śmiercią… to znaczy upokorzenie powinno być częścią wyroku.
Na podestach panowała cisza, ale tłum, który zaczynał już się nudzić, postanowił wrzeszczeć jeszcze głośniej. Znowu czekała wieczność na następne słowa, chcąc usłyszeć już werdykt. Nic innego ją nie interesowało. Sędzia odchrząknął.
— Na mocy tiglavvskiego prawa, Yrenacht Setnuzen zostaje skazana na śmierć przez ścięcie. Przed tym jednak zostanie wykonana publiczna chłosta o wielkości piętnastu batów.
Yrenn przez chwilę stała nieruchomo, starając nie zdradzać się żadnych uczuć. W głębi serca przeczuwała, że tak właśnie będzie, ale zadrżała lekko. Śmierć wcale się jej nie uśmiechała.
Strażnicy związali jej ręce i przeprowadzili kilka kroków. Przywiązali delikatne ręce czarodziejki do wysokiego pala. Usłyszała jedynie kroki za sobą, domyślając się, że był to kat. Patrzyła się na rozwścieczoną publiczność i jeszcze raz ujrzała Tajgę. Nie jednak miała czasu się jej przyjrzeć.
Pierwszy bat uderzył z zaskoczenia. Nawet nie zorientowała się, kiedy zdarto jej ubranie, ani kiedy przygotowania zostały skończone. Yrenn syknęła i mocno zamknęła oczy.
Drugi bat uderzył z głośnym świstem. Jednak czarodziejka nie krzyczała. Nie chciała im dać tej satysfakcji. Niech tłum przyjdzie tu na marne — nie zobaczą widowiska, jakiego oczekiwali. Jestem silniejsza, niż ktokolwiek na świecie.

Trzeci i czwarty bat był boleśniejszy, niż poprzednie. Yrenn z trudem powstrzymała się od krzyku. Musiała zacisnąć z całej siły zęby, ale udało się jej nie wrzasnąć.
Piąty i szósty bat był dla Yrenn odpoczynkiem. Może już trochę przyzwyczaiła się do rytmicznego bólu, a może skupiła się bardziej na swoich emocjach, zamiast fizyczności, ale tym razem jej wzrok spoglądał daleko w przestrzeń.

Jednak siódmy i ósmy bat nie był już tak słaby. Z gardła czarodziejki wyrwał się dziwny charkot, prawie niesłyszalny. Na dziewiątym bacie zemdlała. Gdy ją ocucono zostało jej jeszcze cztery baty. Na ostatnim cała widownia usłyszała głośny krzyk, jakby kumulację tego, co czuła jeszcze chwilę temu. Strażnicy podeszli do niej, by odwiązać ją od palu.
— Za chwilę będzie egzekucja. — usłyszała Yrenn. — Jakieś ostatnie życzenie?
— Tak… – szepnęła cicho. — Pozwólcie mi umrzeć w ciszy, na klifach przy bezkresnym morzu.



DO PIERWSZEJ KRWI

Ludzie zawsze mówili, że Erieńczycy odziedziczyli cechy zarówno ludzi, jak i krasnoludów. Lubili szybki i pewny zarobek, przytulne domy, kamienne fasady i złote zdobienia. Byli sprawni, wysocy, silni, ale uparci i zawsze bili się o honor. Zresztą, wiele veriańskich rodów za swoje motto, a jednocześnie narodową dewizę, wybierało słynną myśl Vesslina ze Srebrnej Góry: Bez honoru za życia, bez honoru po śmierci. Choć Tajga czystą Erienką nie była, to ten stereotyp dobrze ją opisywał. Uparta była każdego dnia, gburowata i szorstka też, przede wszystkim jednak zmienna; szczególnie gdy sprawy przybierały zbyt drastyczny obrót. Podejmowała decyzję bez wahania, bo nigdy nie bała się przyszłości. A o swój honor dbała bezwzględnie.

Cierpienie czarodziejki podczas chłosty nie było dla niej ani czymś śmiesznym, ani czymś ciekawym. Takie publiczne egzekucje czy wymierzanie kary nie działało na nią, nawet gdy ścinali jej znajomego po fachu. Nigdy nie cieszyło jej pastwienie się nad żywymi istotami (aczkolwiek często zdarzyło się jej kopnąć w jakiś mebel ze złości, tudzież zakląć siarczyście, kierując wulgaryzmy do krzeseł) i nigdy nie zadawała więcej bólu, niż było to potrzebne. Zabijała szybko i sprawnie. I zabijała tylko tych, których imiona widniały na zleceniu.
Ukaranie osoby dobrze urodzonej w taki sposób w Verianie jest zabronione, ale Tiglavve to dość barbarzyński kraj, już się o tym przekonała wcześniej. Chłosta to paskudna kara, raniąca ciało i duszę — zwykli mówić Malukowie.
Nie było jej żal czarodziejki, a właściwie Yrennacht, przecież znała jej imię; nie współczuła jej, nie drwiła, nie rozpaczała. Ale niepotrzebna śmierć nieznanej osoby, spowodowana częściowo przez jej głupie żarty? Nie, Tajga nie łamała swoich zasad. Nie chciała, żeby czarodziejka odeszła na tamten świat z jej powodu. Nie przez nią i nie teraz. I nie tak.

Kobieta zanuciła cicho jakąś niemiecką piosenkę i spojrzała na ostatni cios zadany przez kata. Ludzie krzyknęli, szydząc z magini, ktoś nawet rzucił w nią pomidorem. Tajga poprawiła pas i opierając dłoń na rękojeści wypolerowanego rano miecza, uniosła dłoń do góry, dając znak sędziemu, który przypatrywał się katuszom. Facet zgrywa obojętnego… — pomyślała, bezceremonialnie wchodząc na podest i przechodząc obok czarodziejki. Tego dnia zachowywała się niezwykle zuchwale. Nawet nie poczekała, aż ktoś oficjalnie udzieli jej głosu.
— Murgrabio, czy kim tam tak naprawdę jesteś… — dodała pod nosem, przeciągając swoją wypowiedź. Strażnicy zmarszczyli brwi, kat oddalał się od winnej, sędzia zaczerwienił się jak oparzony, a szlachcic zagroził najemniczce ręką z wielkim oburzeniem. — Czy zaryzykowałbyś swoim życiem dla syna? — zapytała, niemal krzycząc głośno, by nawet zgromadzeni z tyłu ją usłyszeli. Gawiedź milczała, Tajga uzyskała pożądany efekt, nieoczekiwany zwrot akcji, nim poleje się krew. Mężczyzna przez chwilę nie potrafił odnaleźć słów, ale wreszcie przemówił.
— Ja? Ja dla mojego syna ukochanego zrobię wszystko! — odpowiedział, rozglądając się bezradnie po zgromadzonych. Nie odpowiedział tak ani nie, kobieta energicznie tupnęła w podest, szczerząc zęby.
— Ale czy zaryzykujesz dla niego własnym życiem?! — krzyknęła, teatralnie przechylając głowę w bok. Gość był teraz słuchany przez wielu ludzi, więc to, co powie, będzie dla niego bardzo ważne. Najemniczka nie wiedziała, czy jego syn gdzieś tutaj siedzi. Jeśli, ukochany ojciec nie ma już wyboru.
— Zaryzykuję! — powiedział, nerwowo szarpiąc połę płaszcza. Tajga wreszcie usłyszała wyczekiwaną odpowiedź. Nie pochodziła z Tiglavve, ale z tutejszym prawem zaznajomiła się tak na wszelki wypadek, choć nie przypuszczała, że rozdział o pojedynkowaniu się publicznie jej się kiedykolwiek przyda. Cóż, przezorny jest zawsze ubezpieczony!
— Więc stań ze mną do walki o wolność tej dziewczyny, na miecze i do pierwszej krwi, szlachciuro! — prychnęła, spluwając w dół. Może nie było to eleganckie, jednak nikt nigdy nie powiedział, że Lorenc to elegancka kobieta. Ktoś zaklął szpetnie z tyłu, patrząc na wojowniczkę. 
Okrągła twarz zaczerwieniła się jeszcze bardziej, a gdy sędzia chciał coś powiedzieć, zupełnie zaskoczony obrotem wydarzeń, szlachcic uciszył go jednym gestem.
— Jesteś kobietą, tak więc dam ci panno fory, boś słaba i powolna … — obiecał, przyjmując miecz od służącego, który pojawił się dosłownie znikąd. Tajga szybko oceniła broń i wzdrygnęła się, widząc veriańskie wykończenie. Nie godzi się ze swoim pojedynkować — przeleciało jej natychmiast przez myśl. Miała nadzieję, że był to tutejszy możny, który gdzieś zapodział swój rodowy miecz, pamiątek po przodkach.

Lorenc zwinnie zeskoczyła z podestu, przez ułamek sekundy tracąc równowagę. Przypomniał jej się tamten błysk błyskawicy, ale podnosząc się z podkurczonych kolan, wyjęła Yankerana, swój wysłużony i wierny miecz półtoraręczny, pochodzący z Venstaru i podeszła bliżej. Kochała swoją broń, a jej broń nigdy jej nie zawiodła. Tak właśnie wojownicy miłowali od wieków swój oręż, który bronił ich przed największym niebezpieczeństwem.

Walka była krótka i żałosna. Nawet z bolącym kolanem i kostką, Tajga z dziecinnym uśmiechem na twarzy odpierała niezdarne ataki szlachcica, bawiąc się przy tym, jak nigdy. Lubiła się popisywać, szczególnie pojedynkując się z obcokrajowcami. Raz, że to zabawa; dwa, że najlepsza reklama. Szlachcica drasnęła delikatnie po policzku, a ten zawył, jakby go stado wilków rozrywało. Krew kapnęła dwa razy i było po wszystkim. Cała adrenalina wyparowała, cała radość odeszła, Tajga znów była tą niewzruszoną i niemiłą wersją siebie.

Szlachciura zaklął pod nosem, biadoląc przed służącym, który niedbale próbował zatrzymać krew w ranie. Sędzia spojrzał wymownie na nawet niespoconą najemniczkę i oszczędnym kiwnięciem głowy poprosił ją ku siebie. Gdy podeszła, zmrużył oczy i przez chwilę milczał. Dopiero teraz dostrzegł, że Tajga ma więcej wiosen za sobą, niż mu się wydawało.
— Jesteś zuchwała, wojowniczko. I nie wiem, czy ośmieszasz ludzi, bo chcesz dobrze czynić; czy też ośmieszasz ludzi, chcąc ich poniżyć do granic możliwości. Nie przedłużajmy tego, ta czarodziejka jest wolna i bez winy — oznajmił donośnym głosem, jakby odpychając od siebie niewidzialny występek Yrennacht.

Kiwnął głową na strażnika, który zajęty pojedynkiem, zapomniał rozwiązać do reszty sznur krępujący czarodziejkę. Młody wyrostek szybko podskoczył i uwolnił kobietę, która najpierw gruchnęła nieprzytomna na podest, a potem z niego się skulała na ziemię. Tajga nie zdążyła zareagować, może nie chciała. Zmierzyła się jeszcze spojrzeniem z katem i na wzór czarodziejki, uniosła dumnie głowę do góry, prostując plecy i wciągając brzuch i zbiegła na w dół.
Stękając, uniosła obolała i niczego nieświadomą czarodziejkę i przełożyła sobie jej rękę za plecy, podpierając z całych sił. Jak na taką piękność, była niewiarygodnie ciężka. Taszcząc wielką Jasną Panią na ramieniu, Tajga Lorenc przecięła tłum na wskroś, bez cienia emocji. Z daleka, kobiety wyglądały jak dwie siostry; jedna wspierająca drugą, ryzykująca dla niej życie i dumę. Najemniczka miała nadzieję, że czarodziejka nie widziała jej pojedynku ze szlachcicem. Przynajmniej nie będziesz zadawać zbędnych pytań — mruknęła, kierując się do gospody. A jeśli będzie pamiętać… to Tajga z pewnością postara się skłamać. Choć to jedyna rzecz, do której nigdy się nie przyzwyczaiła.



KONIEC

Słońce już dawno skryło się za horyzontem, gdy przygarbiony medyk wreszcie wyszedł z małej izdebki, odruchowo wycierając ręce o pogniecioną tunikę. Przez chwilę przystanął w korytarzu, patrząc na Erienkę z cieniem podejrzliwości. Odchrząknął prostacko i od niechcenia spojrzał za okno, opierając się z ulgą o krzywą ścianę. Tynk posypał się na skrzypiące deski, pamiętające jeszcze poprzednich władców.

— Zdrowa będzie — oświadczył wreszcie, kładąc strapioną dłoń na jej ramieniu — ale rany potrzebują czasu i świeżego powietrza. Musi też leżeć spokojnie i nie zadrapań strupów, codziennie czyścić rany ciepłą wodą. Niech odpoczywa, nie drażnij jej niczym — dodał, wzdychając.
Kobieta kiwnęła głową, przeżuwając spokojnie twardy chleb. Otarła nos rękawem i kiwnęła jeszcze raz, może do siebie, może do uzdrowiciela, może do diabła. Zabrała bochenek pod pachę, ociężale podniosła się na równe nogi i zniknęła pośród głośnej gawiedzi. Tłum zebrał się przy parze możnych, pogrywających w karty. Nie wiedziała, że jeden z nich w zakładzie postawił rękę jej jedynej, nieszczęśliwej córki. Mówią, że tej nocy zostawiła po sobie tylko pusty kielich i srebniaka z wydartym wizerunkiem nieżyjącego już króla. Moneta nie była dla wieśniaka, który ją po chwili zabrał i z uśmiechem na twarzy kupił kolejne piwo w ociekającym pianą kuflu z podwójnym dnem.

Wszyscy widzieli, jak idzie na południe, kierując się na Góry Zachodnie. Szła bokiem, skruszona i pozbawiona nadziei. Nie patrzyła na cienie, nie zatrzymała się przy płomieniach, by ogrzać zmarznięte dłonie. Trzask ognia przerywał odrętwiałą ciszę mdłego świtu, z którym nieprzerwanie walczyła. Wszyscy widzieli, jak obojętnie mija żebrzące dzieci. Poprawiając dziurawy płaszcz, niemal potknęła się o wałęsającego się po ulicy psa. Parsknęła coś pod nosem, połknęła przekleństwo i ruszył przed siebie pośród gęstej mgły. Tamtego dnia całą Aryntię pokrył niematerialny puch, który głupcy próbowali rozgarnąć rękoma. Wybawienie dla jej duszy miało już nigdy nie nadejść, lecz stało się coś, co widzieli wszyscy. Drżące ręce, które podają chleb zmarniałemu ciału. Zamglone spojrzenie, które posyła skazanemu na śmierć. Szczery dotyk, którym pociesza starego psa. 

Gdy nastał Raegven, nikt w Tiglavve już nigdy nie zobaczył Tajgi Lorenc. Zmęczona życiem, brnęła przez śniegi, szukając sensu i nadziei. Gubiła się, odnajdując drogę i wiecznie nieufna, odpychała wszystko od siebie, otaczając się niewidzialną, grubą zasłoną. Za pulchny jak na swój stan życia pastuch, ostatni, który ją widział, powiedział, że sprzedała wszystko, co miała i wyruszyła w głąb skał, nigdy nie wracając.

Jej miecz leżał obok, czysty i lśniący, jakby jego ostrze już nigdy nie miało pożywić się krwią. Błyszczący napierśnik zawinięty był w szmatę nasączoną olejem, podobnie jak reszta blach. Kilka kroków dalej odnaleźli ją z zasuszonymi kwiatami w żelaznym uścisku. Chyba się uśmiechała.

Czarodziejka po kilkunastu dniach uśmiechała się trochę częściej i trochę częściej zdobywała się na grzeczność. Każdego ranka starzec marszczył brwi, drapał się po lichej brodzie, zadając sobie wiele pytań, na które niedane było mu kiedykolwiek odpowiedzieć. Ona milczała, przecierając olejkiem naznaczoną dumę i ciało. Olejek leczył, a kobieta po kliku tygodniach zapomniała o Tajdze Lorenc.
Wreszcie, przecież w życiu liczą się tylko piękne chwile.

Autorstwa: ForgetAnything | Infrea Van Toyrin
Postacie: Yerennacht Setnutzen | Tajga Lorenc
31 marca - 6 października A.D. 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zima 1159 roku
Loravia

gdy haran mrozem przyłupi, na wiosnę wszycko yetuna słońcem odkupi

Zima dała się we znaki nawet na zachodzie. Wszystkie przełęcze i doliny prowadzące na Pogórze są już niedostępne. Zaraniec jest naszpikowany lodem, a większość statków na dobre została uwięziona w portach Tiglavve i Loravii. Wszystko wskazuje na to, że Haran prędko nie odpuści i do wiosny będzie trzymał loravską ziemię w garści.
W Arvice odbywa się coroczny zjazd mistrzów złotnictwa z całego świata. W mieście pojawili się między innymi Karhatos z Deiru, Rodrig von Warenhasse z Varantu i Timorei pochodząca z Wysp Tiriońskich. Podczas zjazdu odbędą się także targi klejnotów, surowców i wszelkich kosztowności, a całemu wydarzeniu towarzyszyć będzie także nieoficjalny zjazd szlachty z Zachodu. Prawdopodobnie rozmowy będą dotyczyć Króla Parvana i jego nieporadnych rządów, a także ataku na klasztor w Tirze.
Choć napięcie pomiędzy konserwatywnymi poplecznikami Sverskella Farskaaja a tryteistami Króla Parvana było do niedawna niewielkie, przybycie Ulricha Sterna późnym latem i atak na zakon w Tirze kilkanaście dni temu zmienił wszystko. Lud upomina się o reakcję króla, który jednakże jest zajęty goszczeniem u siebie posłannika z Avii. Niosą się plotki o buncie, którego wybuch jest już tylko kwestią czasu.

kontakt

Infrea | Infrea#5102 | whiteapple (h)
aedvaren@gmail.com

chętny/a na wątek
niezaintersowany/a

Wątki

Współpraca

Aktualizacje

Drodzy autorzy obserwujący AV: nasz blog w żadnym wypadku nie umiera. Obecnie pracuję mad sporymi zmianami, a czasu zaczyna brakować, by dodatkowo publikować jakieś dodatkowe treści. Więc zastój na blogu jeszcze chwilę potrwa. Stay tuned :)
© 2019 AED VAREN by Infrea | Grafiki oznaczone jako autorskie oraz zawarta treść należy do AED VAREN | Polityka prywatności